Wyraz jej twarzy stwardniał, rysy stały się zimne i nie do poznania.
„Chcesz poznać prawdę?” zapytała.
„Tak” – powiedziałem. „Tym razem chcę usłyszeć prawdę”.
„Nie” – powiedziała beznamiętnie. „Nigdy cię nie kochałam. Ani przez sekundę przez trzydzieści lat”.
Słowa te uderzają niczym ciosy fizyczne.
„Dlaczego?” wyszeptałam.
„Bo jesteś żałosna” – powiedziała spokojnie. „Samotna kobieta tak bardzo pragnąca zostać matką, że adoptowała dziecko, nie zadając żadnych pytań. Wierzyłaś w każdą historię, którą ci opowiadali, bo dawała ci poczucie szczęścia. Sprawiała, że czułaś się potrzebna”.
„Ufałam pracownikom socjalnym” – powiedziałam słabo.
„Ufałeś im, bo chciałeś” – powiedziała. „Bo to było łatwiejsze niż zbytnie przyglądanie się”.
„Czy wiedziałaś, jak łatwo tobą manipulować?” – ciągnęła. „Od pierwszego dnia, kiedy weszłam do twojego domu, wiedziałam dokładnie, jaką jesteś kobietą. Samotną. Potrzebującą pomocy. Spragnioną miłości. Wystarczyło, że zachowałam się jak mała, zraniona dziewczynka, która potrzebowała ratunku. Dałaś mi wszystko”.
„Co do mnie czułeś?” zapytałem. „Coś?”
„Poczułam wdzięczność za twoją użyteczność” – powiedziała. „Satysfakcję, kiedy mnie broniłeś. Ale miłość? Psychopaci nie kochają, mamo. Powinnaś już to wiedzieć”.
„Więc przyznajesz, że jesteś psychopatą” – powiedziałem.
„Przyznaję, że jestem lepsza” – odpowiedziała. „Mądrzejsza od ludzi wokół mnie. Silniejsza. Gotowa zrobić wszystko, żeby osiągnąć to, czego chcę”.
„A czego ode mnie chciałeś?” – zapytałem.
„Pieniądze” – powiedziała po prostu. „Ochrona. Ładna historyjka z klasy średniej. Kto by podejrzewał, że ta słodka dziewczynka, adoptowana przez szanowanego księgowego, jest morderczynią?”
„Czyli to wszystko była gra?” – zapytałem.
„Eksperyment psychologiczny” – powiedziała niemal z dumą. „Jak długo mogę wmawiać inteligentnej kobiecie, że jestem jej kochającą córką, planując ją zabić? Odpowiedź brzmi: trzydzieści lat. Dłużej, niż się spodziewałam, szczerze mówiąc”.
Siedziałem bardzo nieruchomo.
„Wiesz co, Moniko?” – powiedziałem w końcu.
“Co?”
“Dziękuję.”
Zamrugała.
„Po co?” zapytała.
„Za to, że w końcu pokazałaś mi, kim jesteś” – powiedziałam. „Przez trzydzieści lat zastanawiałam się, co zrobiłam źle. Myślałam, że gdybym była lepszą matką, ułożyłabyś sobie życie inaczej. Teraz wiem, że problem nie leżał we mnie”.
„Problemem nadal jesteś ty, mamo” – powiedziała chłodno. „Jesteś słaba”.
„Nie” – powiedziałem, wstając. „Problem tkwi w tobie. Jesteś drapieżnikiem, który żywi się dobrocią innych ludzi. Ale twoje dni polowań już minęły”.
„Czekaj” – powiedziała ostro. „Wciąż cię potrzebuję”.
„Po co?”
„Żeby zeznawać na rozprawie” – powiedziała. „Żeby powiedzieć sędziemu, że miałam okropne dzieciństwo. Że zasługuję na współczucie. Tyle mi jesteś winien”.
„Nie” – powiedziałem.
W jej oczach pojawił się błysk gniewu.
„Złożę zeznania” – powiedziałem jej. „Ale powiem im dokładnie, kim jesteś”.
„Jeśli to zrobisz” – syknęła – „pożałujesz. Znajdę sposób, żeby cię skrzywdzić. Nawet stąd”.
„Przez trzydzieści lat bałam się, że cię zawiodę” – powiedziałam cicho. „Od teraz, Moniko, to ty powinnaś się mnie bać”.
Wyszłam z pokoju odwiedzin i poczułam, jak ciężar spada mi z piersi.
Trzy miesiące później rozpoczął się proces Moniki w sądzie okręgowym w centrum Phoenix. Wzdłuż ulicy stały wozy transmisyjne z antenami satelitarnymi, których loga odbijały pustynne światło. Reporterzy stali na schodach sądu z mikrofonami w dłoniach.
W środku, w wyłożonej boazerią sali sądowej, pod amerykańską flagą i pieczęcią stanu Arizona, moja córka siedziała przy stole obrońców w garniturze, a nie w pomarańczowym. Miała starannie ułożone włosy. Wyglądała jak każda inna kobieta z wykształceniem zawodowym, a nie kobieta oskarżona o osiem morderstw.
Zatrudniła jednego z najlepszych obrońców w stanie, opłacając go pieniędzmi odziedziczonymi po mężczyznach, których zabiła.
„Moja klientka” – powiedziała jej prawniczka ławie przysięgłych podczas przemówień otwierających – „nie jest potworem. Jest ofiarą poważnej traumy z dzieciństwa. Czyny, o które ją oskarżono, były tragicznym skutkiem nieleczonego urazu psychicznego, a nie celowej złośliwości”.
Jednak pamiętniki Moniki opowiadają inną historię.
Strona za stroną pojawiały się dowody – wpisy dokumentujące daty, dawki, objawy i szczegóły finansowe. Ława przysięgłych czytała o tym, ile odziedziczyła po każdej śmierci i jak starannie planowała.
Nie było w tym nic impulsywnego ani chaotycznego.
Punktem zwrotnym było złożenie zeznań przez Dawida.
Nadal był chudy i blady po pobycie na oddziale intensywnej terapii, ale gdy stawał przed ławą przysięgłych, jego głos brzmiał pewnie.
„Oskarżona powiedziała mi” – powiedział – „że dopracowała metody zabijania, których nie da się wykryć podczas rutynowych sekcji zwłok. Powiedziała, że zabijała już wcześniej i zabije ponownie, jeśli nie będę współpracował”.
„Czy uwierzył jej pan?” zapytał prokurator.
„Tak” – powiedział David. „Pokazała mi zdjęcia swoich poprzednich ofiar. Zachowała je jako trofea”.
Prokurator podniósł gruby segregator.
„Te zdjęcia” – powiedział – „znaleziono w zamkniętym pokoju w domu oskarżonego. Każde zdjęcie jest opisane imieniem i nazwiskiem, datą i notatkami sporządzonymi przez oskarżonego”.
Ława przysięgłych przeglądała zdjęcia zmarłych mężczyzn, starszego sąsiada, współpracownika. Każda twarz przedstawiała kolejne przerwane życie.
Kiedy nadeszła moja kolej na składanie zeznań, podszedłem do mównicy i położyłem rękę na Biblii.
„Pani Miller” – zapytał prokurator – „jaki był pani związek z oskarżonym?”
„Przez trzydzieści lat” – powiedziałam – „wierzyłam, że jestem jej przybraną matką. Teraz rozumiem, że byłam jedną z jej ofiar”.
„Czy możesz wyjaśnić, co masz na myśli?”
„Przyglądała mi się” – powiedziałam. „Od pierwszego dnia, kiedy przyjechała do mojego domu w Phoenix, poznała moje słabości. Wiedziała, że rozpaczliwie pragnęłam zostać matką. Wykorzystała to. Wykorzystała moją miłość jako kamuflaż, by poruszać się po świecie i ranić ludzi”.
„Czy kiedykolwiek podejrzewałeś, że jest niebezpieczna?”
„Były znaki”, przyznałem. „Martwe zwierzęta. Ludzie chorujący po jej obecności. Incydenty w szkole. Ale zawsze znajdowałem wytłumaczenie, bo alternatywa – że adoptowałem drapieżnika – była zbyt bolesna, by się z nią zmierzyć”.
„Czy Monika kiedykolwiek okazała szczerą skruchę za coś, co zrobiła?”
„Nigdy” – powiedziałem. „Kiedy skonfrontowałem się z nią w więzieniu, powiedziała mi, że jej ofiary zasłużyły na to, co się stało. Powiedziała mi, że jest lepsza od innych. Powiedziała mi, że psychopaci nie kochają”.
„Czy wierzysz, że można ją zrehabilitować?”
„Nie” – powiedziałem. „Uważam, że Monica jest niezwykle niebezpieczna. Postrzega ludzi jak przedmioty, które można wykorzystać. Nie sądzę, żeby była zdolna do empatii ani do prawdziwego żalu”.
Podczas przesłuchania krzyżowego jej prawnik próbował przekręcić moje słowa.
„Pani Miller” – powiedział – „czy to nie prawda, że jest pani rozgoryczona, bo zdała sobie sprawę, że moja klientka nigdy nie kochała pani jako córki?”
„Nie jestem zgorzkniały” – odpowiedziałem. „Jestem przerażony, że nieświadomie chroniłem seryjnego mordercę przez trzydzieści lat”.
„Czy to nie prawda, że adoptowałeś ją, aby wypełnić pustkę emocjonalną?” – zapytał.
„Adoptowałam ją, bo chciałam zostać matką” – powiedziałam. „To nie usprawiedliwia tego, co zrobiła. Wielu ludzi dorasta z traumą i nie zostaje zabójcami”.
„Czy nie jest możliwe, że błędnie interpretujesz jej działania z powodu własnego bólu?”
„Znalazłam pamiętniki” – powiedziałam spokojnie, kiwając głową w stronę stołu z dowodami. „Strony i strony, na których własnoręcznie opisuje, jak zatruwała ludzi. Nie ma tu żadnej błędnej interpretacji”.
Proces trwał trzy tygodnie.
Ława przysięgłych obradowała przez niecałe cztery godziny.
Kiedy wrócili, w sali rozpraw panowała tak cisza, że słyszałem kręcący się nad nami wentylator sufitowy.
„W związku z zarzutem morderstwa pierwszego stopnia” – powiedział przewodniczący – „uznajemy oskarżoną, Monicę Miller, za winną”.
Wciąż i wciąż, dla każdej ofiary, ten sam werdykt.
Monica nie okazywała żadnych emocji. Siedziała zupełnie nieruchomo, z założonymi rękami i spokojną twarzą.
Kiedy sędzia skazał ją na dożywocie bez możliwości ubiegania się o zwolnienie warunkowe, lekko odwróciła głowę i spojrzała mi w oczy.
Ta sama zimna pustka, którą widziałem w kuchni, w jej gabinecie, w pokoju odwiedzin w więzieniu, wciąż tam była.
Później David i ja staliśmy na schodach sądu, obserwując, jak reporterzy pakują swój sprzęt, podczas gdy popołudniowe słońce prażyło asfalt.
„Jak się czujesz?” zapytał.
„Wyzwolony” – powiedziałem. „Po raz pierwszy od trzydziestu lat czuję się wolny”.
„Czy żałujesz, że ją adoptowałaś?” zapytał łagodnie.
„Żałuję, że zignorowałam sygnały ostrzegawcze” – powiedziałam. „Ale nie żałuję, że chciałam zostać matką. Próbowałam uratować dziecko, które, jak myślałam, potrzebowało miłości. Nie będę za to przepraszać”.
„Co teraz zrobisz?” zapytał.
„Będę żyć” – powiedziałam po prostu. „Naprawdę żyć. Nie tylko reagować na potrzeby Moniki. Nie tylko ją chronić. Będę robić rzeczy, bo chcę je robić”.
„A co z nami?” zapytał cicho. „Czy nadal jesteśmy… rodziną?”
Spojrzałem na mężczyznę, który omal nie zginął, aby mnie chronić.
„Jesteśmy jedyną prawdziwą rodziną, jaką którekolwiek z nas miało od lat” – powiedziałem. „Oczywiście, że jesteśmy rodziną”.
Tej nocy, w moim starzejącym się, ale przytulnym domu w Phoenix, zdjąłem ze ścian wszystkie zdjęcia Moniki. Spakowałem ramki, kartki urodzinowe i rysunki z dzieciństwa do pudeł i wyniosłem je na małe palenisko na moim podwórku.
Pod rozległym niebem Arizony, gdy gwiazdy zaczęły przebijać się przez ciemność, spaliłem je.
Nie z nienawiści.
Z wyzwolenia.
Miałam dość życia w świątyni poświęconej córce, która tak naprawdę nigdy nie istniała.


Yo Make również polubił
Idealne chrupiące frytki z moczeniem w occie
17 osób, które nagle uświadomiły sobie, ile mają lat
Oto sekret czyszczenia rur spustowych, metoda hydraulika wychodzi na jaw
Dacie wiarę, że to chleb gryczany bez grama mąki?