Wpatrywałam się w zlew, ręce miałam zanurzone w wodzie, czując, jak coś we mnie się skręca.
„Może zachowujemy się śmiesznie” – powiedziałam cicho i od razu poczułam do siebie znienawiść.
Mark odwrócił się do mnie. „Nie. Nie jesteśmy. Bo nie chodzi o śnieg. Chodzi o kogoś, kto uznał, że nasza przestrzeń nie ma znaczenia”.
Miał rację. A mimo to czułem się uwięziony między dwoma lękami.
Jednym z lęków było to, że to rodzina będzie przyczyną lokalnych dramatów. Rodzina, o której ludzie szepczą przy skrzynce pocztowej.
Drugim strachem było wychowanie dziecka, które nauczy się akceptować brak szacunku, ponieważ jest to łatwiejsze niż walka z nim.
W tym samym momencie mój ojciec wszedł do kuchni w kapciach, mrugając oczami, jakby obudził się w niewłaściwym domu.
„Gdzie jest twoja matka?” zapytał mnie łagodnym głosem.
Woda do mycia naczyń nagle wydała mi się za gorąca. Przełknęłam ślinę.
„Nie ma jej tu, tato” – powiedziałem łagodnie. „Pamiętasz?”
Zmarszczył brwi, a jego zmieszanie zmieniło się w irytację.
„No i gdzie ona jest?” – zapytał, jakby przy wystarczająco mocnym nacisku moja matka miała wrócić.
Mark i ja wymieniliśmy spojrzenia ponad głową taty, jedno z tych spojrzeń, którymi małżeństwa uczą się mówić – spojrzenie, które mówi: Jesteśmy zmęczeni. Jesteśmy przestraszeni. Nie wiemy, co będzie dalej.
Tej zimy wszystko wydawało mi się lekcją o granicach, niezależnie od tego, czy tego chciałam, czy nie.
Święta Bożego Narodzenia minęły w mgnieniu oka, w atmosferze papieru do pakowania, muzyki kościelnej i taty zadającego co piętnaście minut to samo pytanie o to, jaki dziś dzień. Nick dostał nowe sanki i zestaw markerów. Uśmiechał się, śmiał i bawił, a na kilka dni dramat bałwanów zszedł na dalszy plan, bo wszyscy byliśmy zajęci świętami.
Zaraz po Nowym Roku ślady opon pojawiły się ponownie.
Nick zbudował. Gary zmiażdżył.
Nick stał się coraz cichszy.
Doszło do tego, że po sposobie, w jaki Nick wszedł do domu, wiedziałam, czy bałwan przeżył, czy nie. Jeśli wchodził podskakując, wymachując szalikiem, z promiennymi policzkami, wiedziałam, że wciąż tam jest. Jeśli wchodził powoli, zgarbiony, unikając mojego wzroku, wiedziałam, że bałwan zniknął.
Pewnego popołudnia, po tym jak rozbity został kolejny bałwan, Nick wszedł do środka i zrobił coś, co mnie zaskoczyło.
Nie poszedł do stolika po gorącą czekoladę. Nie obraził się. Nie płakał.
Podszedł prosto do mnie, stanął w drzwiach kuchni i spojrzał na mnie z dziwnym spokojem.
„Nie musisz już z nim rozmawiać” – powiedział.
Zamrugałem. „Co masz na myśli?”
Głos Nicka był cichy, ale pewny. „Mam plan”.
Aż mi się żołądek ścisnęło. Bo kiedy ośmiolatek mówi, że ma plan, nie wiadomo, czy to urocze, czy niepokojące.
„Jaki plan?” – zapytałem ostrożnie.
Nick uniósł ręce, jakby składał obietnicę. „Nikomu nie zaszkodzi. Obiecuję”.
Mark był w pracy. Tata drzemał w fotelu. W kuchni byliśmy tylko ja i Nick, zimowe światło gasło wcześnie, w domu unosił się delikatny zapach proszku do prania.
Przyklęknąłem do poziomu Nicka. „Nick, możesz mi powiedzieć”.
Zawahał się, a potem lekko się uśmiechnął. Nie do końca psotnie. Raczej… zdecydowanie.
„Potrzebuję tylko szalika jutro” – powiedział. „I tych wielkich kijów z podwórka”.
„Duże kije?” powtórzyłem.
Nick skinął poważnie głową. „Te silne.”
Chciałem go naciskać. Chciałem wiedzieć dokładnie, co robi.
Ale było coś w jego oczach, co przypominało mi mojego ojca, gdy byłem mały, gdy przychodził mu do głowy jakiś pomysł i po cichu szedł coś zbudować w garażu, nie tłumacząc mu tego wcześniej.
Więc powiedziałem: „Dobrze. Ale musisz mi jeszcze raz obiecać: nikomu nie zrobisz krzywdy. Nie zrobisz niczego, co mogłoby być niebezpieczne”.
Nick skinął głową tak mocno, że włosy podskoczyły mu do góry. „Obiecuję.”
Tej nocy, kiedy Nick już zasnął, opowiedziałem Markowi o rozmowie na temat planu.
Mark uniósł brwi. „Jaki plan?”
„Nie wiem” – przyznałem. „Ale obiecał, że to nieszkodliwe”.
Mark odchylił się na krześle i potarł czoło. „Nie lubię niespodzianek”.
„Ja też nie”, powiedziałem. „Ale może… może on potrzebuje poczuć, że może coś zrobić”.
Mark milczał przez chwilę. Potem westchnął. „Tylko miej na niego oko”.
Następnego dnia było tak zimno, że oddychanie nim sprawiało ból.
Nick wrócił ze szkoły, zrzucił plecak i od razu zaczął zakładać buty śnieżne, jakby szykował się do bitwy.
Obserwowałem przez okno w kuchni, jak wlókł się na podwórko, ciągnąc wiadro i małą łopatkę. Niósł czerwony szalik owinięty wokół ramienia jak narzędzie.
Nie poszedł od razu w swoje zwykłe miejsce. Szedł skrajem trawnika, blisko ulicy, patrząc w dół, jakby coś studiował.
Następnie zatrzymał się przy rogu — dokładnie w miejscu, w którym Gary zawsze przecinał ulicę.
Nick rozejrzał się dookoła, po czym zaczął ubijać śnieg obiema rękami, zwijając go w wielką kulę. Większą niż zwykle. Wyglądającą na ciężką. Z trudem wsparł się o nią, opierając o nią swoje drobne ciało i popychając ją po ziemi, by zebrać więcej śniegu.
Budował powoli, rozważnie, jakby nie lepił po prostu bałwana, lecz jakby tworzył coś, co ma znaczenie.
Otworzyłem tylne drzwi i zawołałem: „Potrzebujesz pomocy?”
Nick pokręcił głową, nie podnosząc wzroku. „Nie. Już mam.”
Z okna patrzyłem, jak układa śnieżki, tworząc szeroką, solidną podstawę. Potem dodał środek, dociskając i wygładzając, usztywniając go. Cofnął się, przyjrzał mu się, a potem dodał więcej śniegu, ubijając go.
Użył dużych kijów jako ramion, grubych i silnych, wbijając je głęboko.
Potem zrobił coś, co sprawiło, że pochyliłem się bliżej szyby.
Zaczął obsypywać śniegiem coś w rogu, przy krawężniku.
Na początku myślałem, że znalazł kamień. Albo może budował coś wokół kopca lodu.
Wtedy zrozumiałem, co to było.
Hydrant przeciwpożarowy.
Leżał pod śniegiem od tygodni, zredukowany do niewyraźnego wypukłości w zaspie. Nick wiedział, że tam jest, ponieważ pomagał Markowi odśnieżać ten obszar na początku zimy. Widział go, zanim zniknął.
Teraz lepił bałwana tuż obok, niemal dookoła niego, kształtując śnieg tak, że hydrant znajdował się schowany za szeroką podstawą bałwana niczym ukryta kotwica.
Dreszcze przeszły mi po plecach i nie miały one nic wspólnego z pogodą.
Nick nie zastawiał pułapki.
Niczego nie ruszał.
Wykorzystywał to, co już istniało, aby udowodnić swoją rację.
Wyznaczał granicę w sposób, którego nie można było zignorować.
Kiedy skończył, z wielką starannością owinął szyję bałwana czerwonym szalikiem, zaciągając go ciasno, jak zawsze. Potem odsunął się i długo mu się przyglądał.
Był większy od pozostałych. Szerszy. Ustawiony tuż przy krawędzi trawnika, gdzie trawa stykała się z ulicą.
Wyglądał jak strażnik.
Nick odwrócił się i pomachał w stronę kuchennego okna, jakby wiedział, że go obserwuję.
Odmachałem jej z bijącym sercem.
Tego wieczoru w domu panowała napięta atmosfera, w sposób, w jaki narasta napięcie, gdy na coś czekasz i nie chcesz się do tego przyznać.
Mark wrócił do domu i opowiedziałem mu, co zbudował Nick.
Oczy Marka się zwęziły. „Zbudował to niedaleko hydrantu?”
„Zbudował go niedaleko hydrantu” – powiedziałem ostrożnie. „Jest zakopany. Nick wie, że tam jest”.
Mark powoli wypuścił powietrze. „Ten dzieciak.”
„Obiecał, że to nie jest szkodliwe” – powiedziałem szybko. „Nic nie zrobił, tylko zbudował w innym miejscu”.
Mark potarł brodę, myśląc: „Jeśli Gary zostanie na drodze, nic się nie stanie”.
„Właśnie na to liczy Nick” – powiedziałem cicho.
Zjedliśmy kolację z tatą, który spędził większość posiłku pytając Nicka, czy ostatnio ulepił jakiegoś bałwana, jakby słyszał o tym po raz pierwszy. Nick odpowiedział grzecznie, z uśmiechem, nie wspominając o planie ani o hydrancie.
Po kolacji Nick poszedł wziąć prysznic. Tata zdrzemnął się w fotelu. Mark i ja siedzieliśmy w salonie z telewizorem włączonym na cicho, nie oglądając specjalnie.
Zegar tykał. Dom skrzypiał. Zimowy wiatr uderzał w okna.
I wtedy to się stało.
Głośny huk.
Krzyk, stłumiony, ale ostry.


Yo Make również polubił
Cudowne ciasto postne – bardzo puszyste i zdecydowanie pyszne
Oto jak rozpoznać zawał serca na kilka tygodni przed jego wystąpieniem
Sernik Truskawkowy: Najłatwiejszy sposób, aby był kremowy i pyszny
dzięki tej sztuczce możesz wybielić koszule i sprawić, że będą wyglądać jak nowe