Impreza przeniosła się na wielki taras rezydencji i rozległy trawnik: kobiety nosiły markowe sukienki, których koszt pewnie równał się naszym półrocznym wydatkom na artykuły spożywcze, mężczyźni zaś nosili garnitury tak eleganckie, że mogłyby ciąć szkło.
W powietrzu unosił się zapach drogich perfum, szampana i specyficzny aromat bogactwa — nieuchwytna mieszanka przywilejów i ekskluzywności, która sprawiała, że osoby niezorientowane czuły się, jakby oddychały innym powietrzem.
Weszliśmy po kamiennych schodach.
Dłoń Willi spotkała moją, jej dłoń była lekko wilgotna.
Miała dziewięć lat i była na tyle spostrzegawcza, że wyczuwała, kiedy nie do końca pasowała do otoczenia, choć nigdy tego nie powiedziała.
„Wyglądasz pięknie, kochanie” – szepnąłem.
W odpowiedzi ścisnęła moją dłoń, jakby na chwilę pożyczyła ode mnie pewność siebie.
Przy wejściu zaczepiła nas koordynatorka z notesem i uśmiechem, który nie sięgał oczu.
„Imiona, proszę?”
„Sharon Foster”. Starałam się mówić uprzejmie. Spokojnie. „To mój mąż, Maverick Miller, i nasze dzieci”.
Przejrzała listę, a jej wyraz twarzy zmienił się niemal niezauważalnie — nie był niegrzeczny, ale chłodniejszy.
„Ach, tak” – powiedziała w końcu. „Rodzina z Vermont. Tędy”.
Poczułem, jak dłoń Maverick lekko spoczęła na moich plecach, gdy podążaliśmy za nią przez tłum.
Mijamy strefę VIP, podwyższoną część tarasu z najlepszym widokiem i najlepszym oświetleniem, kameralne grupy stolików koktajlowych nakrytych lnem w kolorze kości słoniowej.
Tam wypatrzyłem Reeda.
Mój młodszy brat.
Stał w ciasnym kręgu, z uniesioną brodą, śmiejąc się trochę za głośno, poruszając kieliszkiem do szampana, jakby ćwiczył to przed lustrem. Wyglądał… drogo. Nie w sposób, który należał do niego, ale w sposób, który nauczył się nosić.
Jechaliśmy cztery godziny.
Przywiozłem ze sobą prezent — pierwsze wydanie książki, które znalazłem dla Helen. Naprawdę wierzyłem, że to doceni.
Zamiast tego w oczach Reeda pojawiło się coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem, skierowanego na mnie.
Zakłopotanie.
Spojrzał na gości wokół siebie – perfekcyjnie uczesanych, promieniejących nowym blaskiem – a potem na nas w naszych ciuchach LL Bean i vintage’owym Ralph Lauren.
Nie poruszył się.
Koordynator oprowadził nas po strefie VIP, poprowadził obok głównej strefy z miejscami siedzącymi, znajdującej się w strategicznej bliskości baru i parkietu tanecznego, a nawet obok dodatkowych stolików.
Usiedliśmy przy okrągłym stoliku wciśniętym w kąt, niedaleko drzwi kuchennych. Kelnerzy biegali z tacami, a muzyka była stłumiona przez ścianę.
Tutaj oświetlenie było słabsze.
Widok był od strony wejścia dla obsługi.
To była peryferia.
„Miłej zabawy” – powiedział koordynator, odwracając się.
Maverick odsunął dla mnie krzesło, jego ruchy były niespieszne.
Pomógł Willi usiąść, a potem Jude’owi.
Kiedy w końcu usiadł obok mnie, milczał, ale zobaczyłem, jak zacisnął szczękę — ledwo, wystarczająco mocno.
„Mamo” – zapytała cicho Willa – „dlaczego siedzimy przy kuchni?”
„Wszystko w porządku, kochanie” – skłamałam radosnym głosem. „Z tego miejsca widać wszystko”.
Ale oboje wiedzieliśmy.
Rozmieszczenie miejsc nie było przypadkowe.
To było oświadczenie.
Po drugiej stronie tarasu Reed, wznosząc wysoko kieliszek szampana, zaśmiał się z czegoś, co powiedział jeden z gości.
Nie spojrzał już więcej w naszą stronę.
Maverick odchylił się na krześle, jego palce uderzyły raz, drugi w obrus.
Każdy, kto go obserwował, mógł odnieść wrażenie, że jest zrelaksowany i lekko zainteresowany widowiskiem rozgrywającym się wokół nas.
Ale znałem to spojrzenie.
Byłam żoną tego mężczyzny przez dwanaście lat.
Robił notatki.
A notatki Mavericka Millera zawsze niosły ze sobą konsekwencje.
Impreza szumiała wokół nas jak ekskluzywna maszyna, której nie mieliśmy rozumieć.
Kelnerzy przemknęli obok naszego stolika w rogu, ledwie na nas patrząc, ich tace były skierowane w stronę sekcji VIP.
Śmiech dobiegał ze środka tarasu, gdzie Reed i Helen stali w cieniu żarówek Edisona, które rzucały na wszystko złociste, pochlebne światło.
W naszym kącie dominowało światło fluorescencyjne wydobywające się z kuchni — światło, które sprawiało, że skóra wyglądała na zmęczoną, a tkaniny wyglądały na tańsze, niż były w rzeczywistości.
Jude kopał nogami pod stołem, wciąż podekscytowany, pomimo naszego wygnania.
„Kiedy będziemy mogli coś zjeść? Umieram z głodu.”
„Już niedługo, kolego” – powiedział Maverick, mierzwiąc mu włosy.
Od chwili, gdy usiedliśmy, zachowywał spokojny nastrój, ale zauważyłem, że ustawił krzesło pod lekkim kątem – żeby móc lepiej obserwować całą grupę.
Ludzie zawsze mówili, że to oko pisarza.
Zawsze szukamy materiału.
Gdyby tylko wiedzieli.
Moją uwagę przykuł ruch.
Helen sunęła w naszym kierunku, jej sukienka w kolorze szampana mieniła się światłem niczym przędziona nić cukru.
Jej piękno wynikało z przemyślanego planu — wszystkie włosy były idealnie ułożone, makijaż nałożony z chirurgiczną precyzją, a biżuteria, której cena zdradzała się bez konieczności opisywania jej słowami.
W wieku dwudziestu ośmiu lat doprowadziła do perfekcji sztukę wyglądania na drogą osobę.
Zatrzymała się przy naszym stoliku, a jej uśmiech był nieruchomy niczym korona.
„Sharon!” W jej głosie pobrzmiewał ten szczególny ton fałszywego ciepła, który słyszałam już wcześniej – zazwyczaj tuż przed tym, jak ktoś rzucił obelgę owianą troską. „Tak się cieszę, że udało ci się dotrzeć aż z Vermont. To musiała być niezła podróż”.
„Cztery godziny” – powiedziałem spokojnie. „Wcale nieźle”.
„No cóż, jesteś odważniejszy ode mnie”. Zaśmiała się dźwięcznie, ale jej oczy nie dotknęły tego dźwięku. „Nie wyobrażam sobie życia tak daleko od cywilizacji. Ale chyba taki jest artystyczny styl życia, prawda?”
Jej wzrok powędrował w stronę Mavericka, a potem znów w moją stronę.


Yo Make również polubił
Klopsiki z cukinią: przepis na pyszne w domu
Trzy „C”, które niszczą mężatkę: Opowiem o nich w komentarzach
Ciasteczka z południowej herbaty
Zupa spalająca tłuszcz z kapustą – Pyszny sposób na lekką i zdrową dietę