Dwadzieścia. W całych Stanach Zjednoczonych.
Wybuchnęłam głośnym śmiechem, krótkim, niedowierzającym śmiechem w ciszy mojej sypialni.
Jakie miałem szanse?
Mimo wszystko dodałem tę stronę do zakładek.
Kiedy ekran zgasł, a w pomieszczeniu rozległ się cichy szum wentylatora sufitowego, zdałem sobie sprawę, że mam dwie możliwości.
Mogłam zaakceptować życie, jakie zaplanowali dla mnie rodzice: małe, zależne, określone przez ich ograniczoną wyobraźnię.
Albo mogę zaprojektować swój własny.
Wybrałem drugą opcję. Ale żeby to zrobić, potrzebowałem planu, i to natychmiast.
Tego lata zapełniłem cały spiralny notes. Każda strona była kalkulacją. Każdy margines był zapełniony planami, strzałkami, planami awaryjnymi.
Praca numer jeden: barista w The Morning Grind, kawiarni uniwersyteckiej położonej dwa bloki od głównego dziedzińca Eastbrook.
Zmiana: od 5:00 do 8:00 rano, pięć dni w tygodniu.
Szacowany miesięczny dochód po opodatkowaniu: 800 USD.
Zadanie numer dwa: weekendowa ekipa sprzątająca akademiki — szorowanie łazienek, odkurzanie korytarzy, wynoszenie worków pełnych pudełek po pizzy i puszek po piwie z apartamentów bractw studenckich.
Szacowany miesięczny dochód: 400 USD.
Praca numer trzy: asystent nauczyciela w katedrze ekonomii, jeśli uda mi się ją zdobyć na drugim roku studiów.
Szacowany miesięczny dochód: 300 USD.
Razem: 1500 dolarów miesięcznie. Około 18 000 dolarów rocznie.
Brakuje jeszcze około 7000 dolarów do czesnego.
Ta luka musiałaby pochodzić ze stypendiów – przyznawanych za zasługi. Takich, które się zdobywa, a nie takich, które wręczają przy kuchennym stole rodzice z książeczkami czekowymi i planami na wnuki do klubu wiejskiego.
Szukałem najtańszego zakwaterowania w odległości spaceru od kampusu i znalazłem: malutki pokój w zapadającym się niebieskim domu dzielonym z czterema innymi studentami, dziesięć minut od głównego dziedzińca, obok pralni i taquerii, która była czynna do drugiej w nocy.
Czynsz: 300 dolarów miesięcznie. Media wliczone w cenę.
Brak miejsca parkingowego. Brak klimatyzacji. Brak prywatności.
Musiało wystarczyć.
Mój harmonogram skrystalizował się w coś brutalnego, ale precyzyjnego:
5:00 – 8:00: Zmiana w The Morning Grind, serwowanie mrożonych latte zaspanym studentom i profesorom w drodze na zajęcia.
9:00 – 17:00: Zajęcia, laboratoria, dyżury.
18:00 – 22:00: Nauka w bibliotece lub sprawdzanie prac, gdy już zostałam asystentką.
23:00 – 4:00: Sen, jeśli mój umysł przestanie pracować na tyle długo, żebym mógł.
Cztery do pięciu godzin w nocy. Przez cztery lata.
Tydzień przed moim wyjazdem na studia Victoria zamieściła zdjęcia ze swojego ostatniego tygodnia w Cancun: zachody słońca na plażach, margarity z papierowymi parasolkami, jej śmiech w białej sukience letniej na łódce z przyjaciółmi, których rodzice mieli domy nad jeziorem i praktykowali stomatologię.
Siedziałam w swoim pokoju i pakowałam pościel kupioną w sklepie z używanymi rzeczami do używanej walizki, która lekko pachniała czyimś detergentem do prania.
Nasze drogi życiowe już się rozeszły, a przecież nawet nie zaczęliśmy chodzić na zajęcia.
Ale oto co mnie napędzało.
Każdej nocy przed zaśnięciem, wpatrując się w świecące w ciemności gwiazdki, które mama przykleiła na suficie, gdy byliśmy dziećmi, szeptałem sobie to samo, niczym modlitwę:
Taka jest cena wolności.
Wolność od ich oczekiwań. Wolność od ich osądów. Wolność od potrzeby ich aprobaty, by móc oddychać.
Nie wiedziałem wtedy, jak bardzo się mylę. Nie wiedziałem, że gdzieś na kampusie Eastbrook jest profesor, który dostrzeże we mnie coś, czego moi rodzice nigdy nie dostrzegli.
W Święto Dziękczynienia w pierwszym roku studiów wiatr znad Wielkich Jezior przecinał mój tani płaszcz niczym nóż. Większość studentów już wróciła do domów. Parkingi przy akademikach były puste, asfalt pokrywał śnieg. Miasto wydawało się wyludnione.
Siedziałem sam w swoim małym wynajętym pokoju, przerobionym na jadalnię z drzwiami, których nie dało się do końca zamknąć, z telefonem przy uchu i słuchałem odgłosów domu, które słabo dochodziły z głośnika — śmiechu, brzęku naczyń i stłumionego ryku meczu piłkarskiego w telewizji.
„Witaj, Francisie”. Głos mamy był daleki, roztargniony.
„Cześć, mamo. Szczęśliwego Święta Dziękczynienia.”
„Och, tak. Szczęśliwego Święta Dziękczynienia, kochanie. Jak się masz?”
„Nic mi nie jest” – powiedziałem, wpatrując się w styropianowy pojemnik z indykiem i puree ziemniaczanym, który stołówka wydała nielicznym uczniom, którzy zostali. „Czy tata jest tam? Mogę z nim porozmawiać?”
Zapadła cisza. W tle usłyszałem stłumione głosy, a potem głos taty, wyraźny nawet przez szum.
„Powiedz jej, że jestem zajęty.”
Słowa te spadły na mnie jak kamienie.
Głos mamy powrócił, sztucznie jasny. „Twój ojciec jest po prostu w trakcie czegoś. Victoria opowiadała najzabawniejszą historię…”
„W porządku, mamo” – wtrąciłam. „Jesz wystarczająco dużo? Potrzebujesz czegoś?” – zapytała.
Rozejrzałam się po pokoju, zobaczyłam stosik instant ramenu na biurku, używany koc złożony u stóp łóżka i podręcznik do ekonomii, który wypożyczyłam z biblioteki, bo nie mogłam sobie pozwolić na zakup najnowszego wydania.
„Nie, mamo” – powiedziałem cicho. „Niczego mi nie potrzeba”.
„Okej. No cóż, kochamy cię.”
„Ja też cię kocham.”
Rozłączyłem się. Nagle w pokoju zrobiło się zbyt cicho.
Pod wpływem impulsu otworzyłem Facebooka.
Pierwszą rzeczą, jaka pojawiła się w moim kanale, było zdjęcie, które właśnie opublikowała Victoria.
Mama, tata i Victoria przy stole w naszej kuchni w Ohio. Zapalone świece. Indyk lśniący na białym talerzu. Dobra porcelana, której używaliśmy tylko w święta.
Podpis brzmiał: „Jestem wdzięczny za moją cudowną rodzinę”.
Trzy nakrycia głowy.
Trzy krzesła.
Nie cztery.
Nawet nie przygotowali dla mnie miejsca.
Długo siedziałem, wpatrując się w obraz na pękniętym ekranie mojego laptopa.
Coś we mnie drgnęło tej nocy. Ból, który nosiłam w sobie przez lata – tęsknota za ich aprobatą, ich uwagą, ich miłością – nie zniknął, ale się zmienił. Wydrążył się, jakby ktoś podrapał mi łyżką wnętrze piersi.
A tam, gdzie był ból, nastała cisza.
Dziwne, ale ta pustka dała mi coś, czego ból nigdy nie miał.
Przejrzystość.
W drugim semestrze pierwszego roku zapisałem się na kurs Mikroekonomii 101.
Zajęcia prowadziła dr Margaret Smith, legenda kampusu. Pracowała w Eastbrook od trzydziestu lat i publikowała we wszystkich najważniejszych czasopismach. Studenci szeptali, że od pięciu lat nie dała piątki i że potrafi zniszczyć pewność siebie jednym uniesionym brwiem.
Siedziałem w trzecim rzędzie, miejscu, które zawsze wybierałem: wystarczająco blisko, żeby widzieć tablicę, wystarczająco daleko, żeby nie zostać wywołanym, chyba że podniosę rękę. Robiłem skrupulatne notatki, przeczytałem każdy rozdział dwa razy i oddałem swój pierwszy esej o marginalnej skłonności do konsumpcji, spodziewając się co najwyżej oceny 4-minus.
Tydzień później oddała papiery. Na górze mojego dokumentu były dwa nabazgrane na czerwono litery:
Bardzo dobry+.
Pod oceną znajdowała się notatka napisana wyraźnym, pochylonym pismem.
Spotkajmy się po zajęciach.
Serce mi stanęło. Dzieciaki z klasą, takie jak ja, wiedzą, że te cztery słowa mogą oznaczać kłopoty.
Po wykładzie moi koledzy z klasy pobiegli do wyjść, spragnieni lunchu. Szedłem powoli przejściem w stronę przodu sali. Doktor Smith pakowała torbę, jej srebrne włosy były spięte w surowy kok, a okulary do czytania wsunięte na czubek nosa.
„Francis Townsend” – powiedziała, nie podnosząc wzroku.
„Tak, proszę pani.”
“Usiąść.”
Siedziałem w pierwszym rzędzie, plecak u stóp, a puls walił mi w gardle.
Przyglądała mi się znad oprawki okularów. „To jedno z najlepszych dzieł licencjackich, jakie widziałam od dwudziestu lat” – powiedziała w końcu. „Gdzie studiowałaś przedtem?”
„Nic specjalnego” – powiedziałem. „Publiczne liceum. Nic zaawansowanego. Żadnych zajęć z ekonomii na poziomie zaawansowanym”.
„A twoja rodzina?” zapytała. „Naukowcy? Profesjonaliści?”
Zawahałam się. „Moja rodzina nie wspiera mojej edukacji” – powiedziałam w końcu, a słowa zaskoczyły mnie już w chwili, gdy wyszły z moich ust. „Finansowo czy nie”.
Odłożyła długopis. „Opowiedz mi więcej”.
Tak też zrobiłem.
Po raz pierwszy opowiedziałem komuś całą historię: faworyzowanie, odrzucenie, trzy prace, cztery godziny snu, telefon z okazji Święta Dziękczynienia, zdjęcie na Facebooku, na którym widać tylko trzy krzesła.
Kiedy skończyłem, klasa była pusta. Zegar na ścianie tykał głośno w ciszy.
Doktor Smith milczała przez dłuższą chwilę. Potem powiedziała coś, co miało odmienić bieg mojego życia.


Yo Make również polubił
Cannelloni, które oczarują każdego – Przepis na idealne danie krok po kroku!”
Zuppa di Patate e Bacon
Błyskawiczne Rogaliki z Nadzieniem: Idealna Przekąska w Kilka Chwil
6 potencjalnie rakotwórczych produktów spożywczych, których należy unikać