Teściowa kazała mi wstać o 4 rano, żeby ugotować obiad na Święto Dziękczynienia dla jej 30 gości. Mąż dodał: „Tym razem pamiętaj, żeby wszystko było naprawdę idealne!”. Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam: „Oczywiście”. O 3 nad ranem zabrałam walizkę na lotnisko.
O 3:17 rano z głośników lotniska rozległ się trzeszący głos pracownika obsługi bramki: „Ostatnie wezwanie na pokład lotu 442 na Maui”. Drżącymi palcami ścisnęłam kartę pokładową, papier był już wilgotny od potu i łez.
Za mną, gdzieś w naszym podmiejskim domu, oddalonym o czterdzieści minut drogi, trzydzieści pustych nakryć do stołu w jadalni, nad którym spędziłam trzy godziny poprzedniego wieczoru, stało. Indyk, którego miałam zacząć przygotowywać godzinę temu, pozostał zamrożony w lodówce, tak jak moje serce przez ostatnie pięć lat.
Mój telefon zawibrował z powodu kolejnej wiadomości od Hudsona. „Mam nadzieję, że już gotujesz, kochanie. Mama już pisze o czasie”.
Wyłączyłem go i wsiadłem do samolotu, zostawiając za sobą coś więcej niż tylko obiad z okazji Święta Dziękczynienia. Porzucałem życie, które powoli mnie dusiło, jedna pomocna sugestia i jeden lekceważący komentarz naraz.
Gdy samolot wzbijał się w ciemne niebo, przycisnąłem czoło do zimnej szyby i patrzyłem, jak światła miasta gasną w dole. Gdzieś tam, o 14:00, Vivien przyleci, oczekując swojej idealnej uczty. A Hudson będzie stał tam, zdezorientowany, prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu, nazywając mnie egoistką, prosto w twarz, a nie za plecami, przed swoją matką.
Ale nie byłoby mnie tam, żeby zobaczyć szok w ich oczach. Nie byłoby mnie tam, żeby przeprosić. Po raz pierwszy w ciągu pięciu lat w ogóle by mnie tam nie było. Ta myśl przerażała mnie i ekscytowała w równym stopniu.
Zanim przejdziemy dalej, napiszcie w komentarzach, z którego kraju oglądacie ten film. Uwielbiamy wiedzieć, skąd nasza globalna rodzina ogląda nasz kanał. A jeśli to Wasz pierwszy raz na tym kanale, zasubskrybujcie nas. Wasze wsparcie pomoże nam tworzyć jeszcze więcej epickich opowieści o zemście. Miłego słuchania.
Trzy dni wcześniej odgłos obcasów Vivien stukających o naszą drewnianą podłogę zawsze przypominał mi młotek sędziego: ostry, zdecydowany, ostateczny. Wkroczyła do naszej kuchni, jakby była jej właścicielką, co według Hudsona praktycznie było prawdą, bo pomogli nam z zaliczką.
„Isabello, kochanie”. W jej głosie słychać było ten sam ton, którego używała, gdy miała mi zlecić zadanie pod przykrywką przysługi. „Musimy omówić przygotowania do Święta Dziękczynienia”.
Stałem po łokcie w wodzie po obiedzie, który im właśnie podałem – ulubionej pieczeni wołowej Hudsona ze wszystkimi dodatkami, których jego matka nauczyła mnie przyrządzać w pierwszym roku małżeństwa. Miałem poparzone dłonie od wrzącej wody, ale nauczyłem się nie zakładać gumowych rękawiczek w obecności Vivien. Kiedyś powiedziała, że wyglądam w nich nieprofesjonalnie.
„Oczywiście” – odpowiedziałem, wymuszając pogodny ton głosu. „W czym mogę pomóc?”
Hudson oderwał wzrok od telefonu na tyle długo, by spojrzeć na mamę. Widziałem to tysiące razy przez lata – cichą komunikację, która całkowicie mnie pomijała, jakbym był dzieckiem, któremu nie można powierzyć rozmów z dorosłymi.
Vivien sięgnęła do swojej designerskiej torebki i wyjęła złożoną kartkę papieru. Sposób, w jaki obchodziła się z nią z taką ceremonią, sprawił, że ścisnęło mnie w żołądku. Położyła ją na blacie obok mnie z troską osoby przedstawiającej dowody w sądzie.
„Lista gości na czwartek” – oznajmiła. „W tym roku zaprosiłam jeszcze kilka osób. Kuzynka Cynthia przywozi swojego nowego chłopaka. Wujek Raymond przyjeżdża z całą rodziną, a Sandersowie z klubu wiejskiego też do nas dołączą”.
Wytarłam ręce w ściereczkę kuchenną i wzięłam kartkę. Rozkładając ją, nazwiska wciąż się pojawiały. Policzyłam raz, potem drugi, pewna, że się pomyliłam.
„Trzydzieści osób”. Słowa te zabrzmiały ledwie szeptem.
„Właściwie trzydzieści dwa. Mały Timmy Sanders liczy się jako połowa osoby, bo ma dopiero sześć lat. Ale i tak powinnaś przygotować się na trzydzieści pełnych porcji. Rosnący chłopiec i tak dalej”. Śmiech Vivien był jak pękający kryształ.
„Wiem, że to dużo, ale jesteś tak dobra w prowadzeniu takich rodzinnych imprez. Wszyscy zawsze zachwycają się twoim gotowaniem.”
Hudson w końcu oderwał wzrok od telefonu, ale tylko skinął głową na znak zgody.
„Dasz radę, kochanie. Zawsze ci się udaje.”
Wpatrywałam się w listę, a moje oczy lekko się zamgliły, gdy próbowałam zrozumieć, o co pytają. W poprzednich latach gościliśmy może piętnaście osób, a i tak zaczynałam gotować dwa dni wcześniej, prawie nie spałam i całą kolację spędziłam biegając między kuchnią a jadalnią, podczas gdy wszyscy inni odpoczywali.
„Kiedy zaprosiłeś wszystkich tych ludzi?” – zapytałem ciszej, niż zamierzałem.
„Przez ostatnie kilka tygodni” – powiedziała Vivien lekceważąco. „Nie martw się o termin, kochanie. Dasz sobie radę. Zawsze dajesz radę”.
„Ale nie kupiłam jeszcze jedzenia dla trzydziestu osób. Nie zaplanowałam menu dla…”
„Och, zajęłam się planowaniem”. Vivien wyciągnęła kolejną kartkę papieru, tym razem zapisaną jej precyzyjnym pismem. „Oto całe menu. W tym roku poprawiłam kilka rzeczy. Sandersowie są przyzwyczajeni do pewnych standardów, rozumiesz?”
Spojrzałem na menu i poczułem, jak sala zaczyna lekko wirować. Indyk z trzema różnymi nadzieniami. Szynka z glazurą ananasową. Siedem różnych dodatków. Cztery desery, w tym domowe ciasto na ciasto dyniowe, bo kupione w sklepie po prostu nie pasowało. Domowy sos żurawinowy. Świeże bułki.
„Vivien, to jest… to jest zbyt wiele do ogarnięcia dla jednej osoby.”
Machnęła ręką, jakbym wspomniała o czymś błahym, na przykład o drobnej niedogodności związanej z pogodą.
„Bzdura. Jesteś w pełni kompetentny. Poza tym Hudson będzie tam, żeby pomóc.”
Spojrzałam na męża, mając nadzieję, że dostrzegę w jego oczach zrozumienie, że prośba matki graniczy z niemożliwością. Zamiast tego, wrócił już do przeglądania ekranu telefonu.
„Na pewno pomogę” – powiedział, nie podnosząc wzroku. „Potrafię pokroić indyka i otworzyć butelkę wina”.
Pokrój indyka. Otwórz butelki wina. To był jego pomysł na pomoc w przygotowaniu posiłku, który wymagałby około szesnastu godzin aktywnego gotowania.
„O której godzinie powinienem zacząć gotować?” – zapytałem, choć część mnie już wiedziała, że odpowiedź będzie absurdalna.
Vivien spojrzała na swój drogi zegarek.
„No cóż, kolacja powinna być podana punktualnie o 14:00. Sandersowie wolą jeść wcześnie. Powiedziałbym, że dla bezpieczeństwa powinniście zacząć około 4:00 rano. Może 15:30, jeśli chcecie, żeby wszystko było idealne”.
„Czwarta rano” – powtórzyłem.
„Zacznij gotować o czwartej rano” – powiedziała tym razem bardziej stanowczo, podając mi listę gości. „I dopilnuj, żeby tym razem wszystko było idealne”.
Hudson podniósł wzrok, ale tylko po to, by dodać coś z naciskiem.
„Tak, i upewnij się, że tym razem wszystko będzie idealnie. Farsz był trochę suchy w zeszłym roku.”
Nadzienie, które przygotowałam, jednocześnie przygotowując sześć innych dań, podczas gdy on oglądał mecz piłki nożnej w salonie. Nadzienie, które wszyscy chwalili. Nadzienie, o które jego mama specjalnie prosiła, żebym zrobiła je ponownie w tym roku.
„Oczywiście” – usłyszałem swój głos. „Oczywiście, dopilnuję, żeby wszystko było idealne”.
Ale kiedy tak stałam, trzymając listę trzydziestu dwóch nazwisk i menu, które mogłoby stanowić wyzwanie dla restauracyjnej kuchni, coś zimnego osiadło mi w żołądku. Nie chodziło tylko o niewykonalność zadania, które mi powierzono. Chodziło o to, jak swobodnie mi je przydzielili, jakby mój czas, mój wysiłek, moje zdrowie psychiczne były towarem, którym mogliby bezkrytycznie dysponować.
Później tej nocy, kiedy Vivien poszła do domu, a Hudson zasnął, siedziałem przy kuchennym stole z kalkulatorem, próbując ustalić logistykę. Sam indyk musiałby wstawić do piekarnika o 6:00 rano, żeby był gotowy o 14:00, ale potrzebowałbym miejsca w piekarniku na inne dania. Matematyka się nie zgadzała. Czas był niemożliwy do ustalenia.
Przyłapałem się na tym, że wpatrywałem się w listę gości, po raz pierwszy naprawdę się jej przyglądając. Trzydzieści dwie osoby, ale mojego nazwiska na niej nie było. Gotowałem dla trzydziestu dwóch osób, a nawet nie byłem uważany za gościa na kolacji, którą przygotowywałem.
Wtedy zauważyłem coś jeszcze. Kuzynka Hudsona, Ruby, nie była na liście. Ruby, która przyjeżdżała na rodzinne Święto Dziękczynienia od lat. Ruby, która niedawno się rozwiodła i przeżywała trudne chwile.
Wziąłem telefon i do niej zadzwoniłem.
„Isabello, jest już trochę późno. Wszystko w porządku?”
„Zastanawiałem się tylko… czy przyjedziesz w tym roku na Święto Dziękczynienia?”
Zapadła długa cisza.
„No cóż, Vivien dzwoniła w zeszłym tygodniu. Powiedziała, że skoro jestem teraz singielką i przechodzę przez tak trudny okres, może lepiej byłoby, gdybym spędziła święta w miejscu bardziej odpowiednim do mojej sytuacji. Zasugerowała, że mogłabym czuć się bardziej komfortowo w mniejszym gronie.”
Ścisnąłem mocniej telefon.
„Ona cię nie zaprosiła?”
„Ona tego tak nie ujęła, ale tak, myślę, że tak.”
Ruby była częścią rodziny od ośmiu lat. Ale w chwili, gdy jej życie stało się chaotyczne, gdy zamiast dostarczać rozrywki, potrzebowała wsparcia, Vivien skreśliła ją z listy.
Po rozłączeniu się siedziałam długo w ciemnej kuchni. Lista nazwisk rozmywała się przede mną, gdy w końcu popłynęły łzy, które powstrzymywałam godzinami. Ale nie były to tylko łzy frustracji z powodu niewykonalnego zadania, które mnie czekało. Były to łzy rozpoznania, bo widziałam siebie w sytuacji Ruby. Widziałam, co się stało, gdy przestałaś być użyteczna dla Vivien. Gdy przestałaś być idealną synową, która potrafiła organizować niemożliwe kolacje i nigdy nie narzekać. Gdy stałaś się większym problemem, niż byłaś warta.
Byłem o jedno nieudane Święto Dziękczynienia od tego, żeby mnie nie zaproszono do mojego własnego życia.
We wtorek rano, o szóstej rano, sklep spożywczy był pustkowiem jarzeniówek i pustych alejek. Byłam tam od otwarcia, a mój wózek był przepełniony składnikami na posiłek, który z każdym kolejnym produktem wydawał się coraz bardziej niemożliwy do przygotowania. Dodałam trzy indyki, dwie szynki i kilogramy warzyw, które musiałam przygotować, pokroić i ugotować do syta.
Kiedy zobaczyłam kwotę do zapłaty, zadrżały mi ręce, gdy przeciągnęłam kartą kredytową. Wiedziałam, że Hudson później zobaczy kwotę i prawdopodobnie skomentuje wydatek.
Pani Suzanne z sąsiedztwa stała w kolejce za mną z torebką kawy i kilkoma muffinkami.
„Będziesz w tym roku robił wielką kolację?” zapytała, z niepokojem patrząc na mój przepełniony wózek.
„Święto Dziękczynienia za trzydzieści dwa lata” – odpowiedziałem, starając się brzmieć swobodnie.
Jej oczy się rozszerzyły.
„Trzydzieści dwa? Samemu?”
„Mój mąż pomoże” – powiedziałam automatycznie, choć słowa te brzmiały jak kłamstwo.
Przyglądała mi się przez dłuższą chwilę i dostrzegłem, że na jej twarzy maluje się współczucie.
„Kochanie, to nie jest pomoc. To jak patrzeć, jak ktoś tonie, stojąc na pomoście.”
Jej słowa towarzyszyły mi w drodze do domu i rozbrzmiewały w mojej głowie, gdy zabierałam się za przygotowania. Rozłożyłam składniki na każdym dostępnym blacie, przekształcając naszą kuchnię w coś, co bardziej przypominało komercyjny zakład gastronomiczny niż dom.
Do południa pracowałem już sześć godzin bez przerwy i ledwo co zrobiłem to, co trzeba było zrobić. Bolały mnie plecy, stopy pulsowały, a poza garścią krakersów nie zjadłem nic.
Wtedy Hudson wszedł do kuchni, nadal w piżamie, z kubkiem kawy w ręku.


Yo Make również polubił
Cynamon i miód: najpotężniejszy środek, którego nawet lekarze nie potrafią wyjaśnić
Prosty przepis na herbatę z liści guawy
Gâteau San Marcos – Pyszne Ciasto na Każdą Okazję
SÓL, WYRZUCAJ PEŁNĄ GARŚĆ DO KLEJU PRZED PÓŁNIĘCIEM: DLACZEGO TO WAŻNE