Papier do pakowania opadł na podłogę w salonie – czerwony i złoty, gruby, drogi. Spędziłam dwadzieścia minut, dopracowując rogi do perfekcji, tak jak robią to w witrynach nowojorskich domów towarowych. Ogień trzaskał w kamiennym kominku; na zewnątrz Santa Fe leżało pod cienką warstwą zimowego śniegu. W środku nosek mojej córki drgnął, jakby właśnie otworzyła karton mleka trzy tygodnie po terminie.
„Tato, co to jest?” zapytała Bula.
W moim salonie nigdy nie było zimniej. Nawet tamtej zimy ogrzewanie nie odmówiło posłuszeństwa, a ja przez tydzień nosiłam dwa swetry.
„To obraz” – powiedziałem, starając się zachować spokój. „Francuski, z lat 90. XIX wieku. Myślałem…”
„Jest taki ciemny” – przerwała, obracając go bokiem. „I wygląda staro. Tato, wiesz, że teraz robimy minimalizm. Wygląda jak coś z wyprzedaży garażowej”.
Thaddius po raz pierwszy od rana podniósł wzrok znad telefonu.
„Kochanie, bądź miła” – powiedział. „Liczą się intencje”.
„O czym pomyślałaś?” – odkrzyknęła. „O wstawieniu tego do naszego salonu, żeby wyglądało jak dom spokojnej starości?”
Rogalik na stole ostygł, zupełnie jak moja ojcowska miłość. Przynajmniej rogaliki dało się podgrzać.
Nie spałem od szóstej. Świeżo upieczone ciastka. Bułeczki cynamonowe z przepisu, który doskonaliłem przez czterdzieści lat. Kawa premium z małej palarni w Portland, taka, która kosztuje więcej za funt niż podróbka Rolexa Thaddiusa za uncję. Zeszli na dół o dziesiątej, narzekając na zmęczenie. „Rano” było dla nich elastycznym pojęciem.
„Przyjemnie pachnie” – ziewnął Thaddius, przeciągając się, gdy dochodził do ostatniego stopnia.
Nikt nie tknął jedzenia.
Bula otworzyła najpierw pozostałe prezenty. Kaszmirowy szal. Designerska torebka. Karty podarunkowe do miejsc, których nazw nie potrafiłem wymówić w Los Angeles i Miami. Podziękowała mi uprzejmie i z dystansem, jakbym był kelnerem zostawiającym rachunek w restauracji przy Route 66.
Potem przyszedł czas na malowanie.
„Kupiłem ten egzemplarz w 1994 roku” – powiedziałem ostrożnie. „Z prywatnej kolekcji”.
„To miłe, tato” – odpowiedziała.
Odłożyła je i oparła o kanapę, jak zniszczoną ramę z wyprzedaży garażowej.
„Ale nie możemy tego wykorzystać. Może mógłbyś przekazać to na cele charytatywne. Odliczyć to od podatku”.
„Dobra wola?” powtórzyłem.
„Tak. Wiesz, niech ktoś inny się tym cieszy. Ktoś z takim gustem.”
Zapłaciłem za te „śmieci” dwanaście tysięcy dolarów w 1994 roku. Dziś to około czterdzieści tysięcy, ale kto oprócz mnie to teraz liczy?
Jak się okazało, bardzo ostrożnie.
Thaddius odłożył telefon i uśmiechnął się.
„Corn, musisz to zrozumieć” – powiedział. „Nasza estetyka jest zupełnie inna. Stawiamy na czyste linie, wyraziste elementy. To jest trochę… zagracone”.
„Bałagan” – powtórzyłem. „Rozumiem”.
„Bez urazy, stary” – dodał szybko. „To po prostu kwestia pokoleniowa, wiesz? Boomersi uwielbiają te oldschoolowe rzeczy”.
Na górze Braxton krzyczał coś do swojej gry wideo. Zwycięstwo czy masakra, trudno powiedzieć z tym chłopakiem. Jego siostra, Cellophina, odpowiadała równie głośno ze swojego pokoju. Moje wnuki były fizycznie obecne w domu, ale zupełnie nieobecne w pokoju.
„Szczerze mówiąc, tato, może zostaw to w swoim studiu” – powiedziała Bula, znowu sprawdzając telefon. „Tak czy inaczej, to bardziej twój klimat”.
Wstałem i podniosłem obraz. Rama wydawała się cięższa, niż pamiętałem.
„Tak” – powiedziałem. „Chyba tak”.
„Świetnie. Problem rozwiązany” – powiedziała, rozjaśniając się. „A teraz możemy coś zjeść? Umieram z głodu”.
Thaddius zmarszczył brwi.
„Hej, Corn. Wszystko w porządku? Zachowujesz się dziwnie.”
„Nic mi nie jest” – powiedziałem. „Smacznego śniadania. Pewnie już wystygło”.
Bula zmarszczyła nos.
„Powinniśmy po prostu coś zamówić” – mruknęła.
Szłam korytarzem do mojego studia, mijając oprawione zdjęcia, których żadne z nich nie oglądało od trzech lat. Zdjęcia rodzinne. Historia. Moja.
Drzwi studia zamknęły się za mną z kliknięciem.
Położyłem obraz na biurku. Poranne światło z wysokiego, pustynnego nieba padło na niego idealnie. Pola lawendy lśniły fioletem i złotem – Prowansja latem, zamrożona w oleju i czasie.
Arman Giama namalował to w 1892 roku. Jego pociągnięcia pędzla były charakterystyczne, pewne siebie, a każda kropka koloru celowa. Świat sztuki znał jego twórczość, szanował ją i cenił.
Moja córka myślała, że to śmieci z wyprzedaży garażowej.
Rozpakowałem go całkowicie i przyjrzałem mu się. Przez trzydzieści lat patrzyłem na ten obraz każdego ranka, wiszący w mojej sypialni, aż do zeszłego tygodnia, kiedy zdjąłem go, zapakowałem i napisałem na kartce „Dla Buli”.
Moje ręce nie drżały. A powinny.
Zamiast tego wyjęli mi telefon z kieszeni i przeglądali kontakty, aż zatrzymali się na jednym nazwisku.
Flossy McCoy, aukcje Sabby’ego.
Mój kciuk zawisł w powietrzu przez dwie sekundy. Trzy.
Zapukałem.
Dwa pierścionki.
„Flossy, tu Cornelius Harrison.”
„Corneliusz! Wesołych Świąt!”
„Tak. Tobie również wesołych świąt. Słuchaj, mam coś na twoją styczniową aukcję. Coś wyjątkowego.”
Pola lawendy zdawały się migotać. Pewnie to iluzja światła.
„Co powiesz na przyszły tydzień?” – zapytałem.
Tydzień później obraz siedział na moim siedzeniu pasażera, zapięty i zabezpieczony. Obchodziłem się z nim z większą troską, niż Bula pokazała go w moim salonie.
Drugiego stycznia. Santa Fe lśniło zimnem i jasnością. Niebo miało ten sam głęboki błękit, jaki można zobaczyć tylko na pustyni. Zaparkowałem na Canyon Road, pasie galerii i glinianych witryn sklepowych, które pachniały pieniędzmi i terpentyną. Podniosłem paczkę i wyszedłem na zewnątrz, w rozrzedzone powietrze.
Właściciel galerii skinął głową, gdy przechodziłem.
„Dzień dobry, Corneliusie” – zawołał Marcus. W 2018 roku wspólnie wycenialiśmy kolekcję.
„Dzień dobry” – odpowiedziałem.
Wejście do Sabby lśniło mosiężnymi klamkami, polerowanymi tak często, że wyglądały, jakby nigdy nie widziały odcisków palców. Wiedziałem dokładnie, które drzwi wybrać. Powrót do domu był dokładnie taki sam.
Flossy spotkała mnie w holu. Ta sama elegancka marynarka, te same okulary do czytania na łańcuszku. Dwadzieścia pięć lat, a wciąż wyglądała, jakby potrafiła uwierzytelnić Rembrandta nawet we śnie.
„Cornelius Harrison” – powiedziała z uśmiechem. „Czy to jest to, o czym myślę?”
„Zależy, co masz na myśli” – powiedziałem.
Rozpakowała obraz na stole do badań. Jej ręce zatrzymały się w pół kroku.
„Myślę o Arman Giama, prowansalskim krajobrazie z lat 90. XIX wieku” – powiedziała cicho. „Myślę, że coś przed nami ukrywałeś”.
„To był prezent” – odpowiedziałem. „Obdarowany go nie docenił”.
„W takim razie odbiorca jest głupcem” – powiedziała.
Badanie trwało trzydzieści minut. Użyła powiększenia, światła ultrafioletowego, sprawdziła sygnaturę, ślady pędzla, splot płótna – wszystko, o co Bula nie zadała sobie trudu, żeby zapytać. Pochodzenie: prywatna aukcja, 1994, majątek rodziny Duchon. Miałem całą dokumentację. Stan: jakość muzealna, kontrolowane środowisko przez trzydzieści lat.
Robiła notatki, zaglądała do tabletu, sprawdzała ostatnie transakcje.
„Obecnie rynek zbytu dla Giamy jest silny” – powiedziała. „Myślę, że to sześciocyfrowa kwota”.
Sześć cyfr.
Wartość śmieci z wyprzedaży garażowej Buli była sześciocyfrowa.
„Jak szybko możesz to wystawić na aukcję?” zapytałem.
„Ostrożne szacunki?” Spojrzała w górę. „Od stu do stu dwudziestu tysięcy”.
Przypomniała mi się ta aukcja z 1994 roku w Nowym Jorku, prywatna wyprzedaż majątku. Rodzina Duchonów likwidowała majątek. Większość ludzi widziała przyzwoity pejzaż – ładne kolory, może słaby podpis. Ja widziałem pociągnięcia pędzla, paletę barw, sposób, w jaki fiolet spotykał się ze złotem dokładnie w jeden sposób.
Sposób Giamy.
Zaoferowałem dwanaście tysięcy. Wygrałem, przyniosłem do domu i powiesiłem tam, gdzie mogłem patrzeć na niego każdego ranka.
„Masz dobry gust” – powiedziała Flossy z uśmiechem. „I cierpliwość”.
„Miałem” – powiedziałem. Czas przeszły.
„Co się zmieniło?” zapytała.
„Próbowałem to przekazać dalej” – powiedziałem. „Nie wyszło”.
Ona nie naciskała. Profesjonaliści tak nie robią.
Przygotowała dokumenty przewozowe. Trzy strony. Standardowa umowa. Wziąłem długopis, gotowy do podpisu.
Moja ręka się zatrzymała.
Czy powinienem najpierw powiedzieć Buli?
Myśl trwała pół sekundy.
Mój długopis się poruszył.
Wątpliwości? Flossy mnie obserwowała.
„Nie” – powiedziałem. „Żadnego.”
„Chcesz, żeby sprzedaż była poufna?” – zapytała. „Możemy ją ukryć przed publicznym katalogiem”.
„Nie ma potrzeby” – odpowiedziałem.
Zła odpowiedź. Powinienem był powiedzieć „tak”. Ale założyłem, że Bula nigdy nie zobaczy katalogu aukcyjnego. Nie czytała ich. Nie obchodziły jej.
Założenia prowadzą do ciekawych błędów.
Dziewiątego stycznia Flossy złożyła dokumenty.
„Aukcja naszej zimowej kolekcji” – powiedziała. „To będzie wydarzenie”.
Tymczasem po drugiej stronie miasta Bula mieszała latte w kawiarni na Canyon Road, drogiej i modnej, z oknami wychodzącymi na galerie, z którymi współpracowałam od dziesięcioleci.
„Twój tata wciąż się denerwuje z powodu świąt” – powiedziała Zenobia Wallace, popijając cappuccino. Jej designerska torba leżała na krześle, a w niej schowane były okulary przeciwsłoneczne za trzysta dolarów.
„On bredzi” – powiedziała Bula, wzruszając ramionami. „To był tylko jakiś stary obraz”.
„Jaki rodzaj obrazu?” zapytała Zenobia.
„Nie wiem. Brązowe, ciemne, bardzo staroświeckie” – powiedziała Bula. „Zupełnie nie w naszym stylu”.
Głos Thaddiusa zatrzeszczał w głośniku telefonu na stole.
„Cały tydzień zachowywał się dziwnie” – powiedział. „Nie oddzwania. Starzeje się”.
Bula postukała się w skroń.
„Może trochę, wiesz…” mruknęła.
„Legalne do czego?” zapytała Zenobia, marszcząc brwi.


Yo Make również polubił
Sos Cebulowy Subway: Domowa Wersja Kultowego Dodatku 🍴✨
Żona mojego syna powiedziała: „Nie mieszkaj tu już z nami. Znajdź sobie pokój gdzie indziej”, a mój syn spokojnie się zgodził. Uśmiechnęłam się, wzięłam torbę i wyszłam bez sprzeciwu. Myśleli, że to załatwia sprawę, bo nie wiedzieli, że dom jest na moje nazwisko. Następnego ranka nastrój całkowicie się zmienił. Kilka schludnie zapakowanych pudeł przy wejściu dało jasno do zrozumienia, że to oni muszą zmienić swoje plany.
Oto, co stanie się z Twoim ciałem, jeśli przez 7 dni będziesz jadł czosnek z miodem na pusty żołądek
15 Codziennych Nawyków, Które Niszczą Twoje Nerki!