„Tylko dbam o to, żeby Korn był chroniony” – powiedział Thaddius, robiąc pauzę dla efektu. Był w tym dobry. „Na wypadek, gdyby zaczął mieć problemy z osądem”.
„Myślisz, że to aż tak poważne?” zapytała Bula.
„Mieszka sam w tym wielkim domu i podejmuje decyzje finansowe” – powiedział Thaddius. „Powinniśmy się w to angażować”.
Nadszedł dziewiąty stycznia, pogodny i zimny. Miałem na sobie szary garnitur i bordową muszkę. Sala aukcyjna Sabby’ego wypełniona kolekcjonerami, licytujący przez telefon w pogotowiu. Zapach pieniędzy i sztuki zmieszał się w coś ostrego i znajomego.
Siedziałem w ostatnim rzędzie.
Pojawiła się partia czterdziesta siódma.
Głos prowadzącego aukcję niósł się, był profesjonalny i wyćwiczony.
„Arman Giama, „Pola Prowansji”, około 1892 roku. Olej na płótnie. Cena wywoławcza: sześćdziesiąt tysięcy.”
Wiosła podniosły się.
Trzy. Pięć.
Linie telefoniczne zostały oświetlone.
„Sześćdziesiąt pięć. Siedemdziesiąt. Mamy osiemdziesiąt tysięcy. Dziewięćdziesiąt.”
Wojna licytacyjna trwała dziewięćdziesiąt sekund – dziewięćdziesiąt sekund, żeby zniweczyć trzydzieści lat sentymentalnej więzi. Skutecznie, naprawdę. Doceniam jej oszczędność.
„Sto piętnaście… sto osiemnaście tysięcy” – zawołał licytator.
Wszyscy w pokoju wstrzymali oddech.
„Uwaga…”
Młot upadł z głośnym trzaskiem.
„Sprzedano – sto osiemnaście tysięcy dolarów”.
Oklaski rozległy się między krzesłami. Ludzie uścisnęli mi dłoń.
„Gratulacje” – powiedzieli.
Profesjonalne uprzejmości. Przyjąłem je wszystkie.
Podczas podróży do domu mój fotel pasażera pozostał pusty.
Zadzwonił mój telefon. Bula.
Pozwoliłem, aby odezwała się poczta głosowa.
Zadzwonił ponownie. Thadius.
Poczta głosowa.
Trzecie połączenie. Bula.
Zatrzymałem się na cichej ulicy i wpatrywałem się w ekran. Mój kciuk powędrował w stronę przycisku odbierania połączeń.
Może powinnam wyjaśnić. Może nawet…
Telefon zawibrował, przychodząc z nową wiadomością. Zrzut ekranu. Biuletyn z wynikami aukcji Sabby’ego. Obraz, Lot 47, został sprzedany za 118 000 dolarów – kwota odważna i niepodważalna.
Poniżej wiadomość od Zenobii:
„Bula, za ile sprzedano obraz twojego taty?”
Kolejny szum. Inny wątek. Bula chciała wysłać SMS-a do Thaddiusa. Zamiast tego wysłała go na grupowy czat rodzinny.
„To był mój obraz. Ukradł mój prezent świąteczny.”
Wpatrywałem się w ekran.
Pięć połączeń w dziesięć sekund. Mój telefon rozświetlił się jak choinka.
Wyłączyłem.
Uruchomiłem silnik.
Wojna się rozpoczęła.
Limoges, około 1875 roku. Pęknięcie włoskowate na uchwycie. Mój długopis przesunął się po stronie dziennika. Poranne światło padło idealnie na filiżankę do kawy – numer 83 w mojej kolekcji. Delikatne róże na porcelanie. Piękne.
Zadzwonił mój telefon. Nieznany numer.
Zignorowałem to i pisałem dalej.
Pochodzenie niepewne. Nabyto na wyprzedaży majątku w Albuquerque.
Na dole trzasnęły drzwi. Kroki – szybkie, gniewne – dudniły po schodach.
Odłożyłem długopis.
Drzwi studia otworzyły się gwałtownie.
„118 000 dolarów!” krzyknęła Bula.
Nie podniosłam wzroku znad dziennika.
„Dzień dobry tobie również” – powiedziałem spokojnie.
„Nie mów mi „dzień dobry” – warknęła. – „Sprzedałeś mój obraz”.
„Twój obraz” – powtórzyłem. Starannie zakręciłem długopis. „Ciekawa interpretacja”.
Za nią pojawił się Thaddius, ciężko dysząc na schodach.
„Corn, musimy porozmawiać. Poważnie. O tym, co zrobiłeś.”
„Sprzedałem swoją nieruchomość” – powiedziałem.
Ręce Buli drżały, gdy wyciągała w moją stronę telefon. Na ekranie pojawił się zrzut ekranu z biuletynu aukcyjnego – Lot 47, 118 000 dolarów, wytłuszczone cyfry.
„To był mój prezent świąteczny” – powiedziała. „Nie można po prostu zabrać prezentu”.
„Odmówiłeś” – odpowiedziałem. „Nazwałeś to „śmieciami z wyprzedaży garażowej”, jeśli dobrze pamiętam”.
„Nie odmówiłam” – zaprotestowała. „Powiedziałam tylko, że to nie w moim stylu”.
Wstałem i podszedłem do biurka, otworzyłem pocztę i potwierdzenie transakcji Sabby. Potem odwróciłem ekran laptopa w jej stronę.
„Zasugerowałeś, żebym oddał to na cele charytatywne” – powiedziałem. „Dokładnie to powiedziałeś”.
Thaddius podszedł bliżej do biurka i mrużąc oczy, spojrzał na ekran.
„Przekręcasz sytuację” – powiedział. „Wiesz, co miała na myśli”.
„Dokładnie wiem, co miała na myśli”. Mój głos pozostał spokojny. Nauczyło mnie tego czterdzieści lat pracy z trudnymi klientami.
„Jestem rzeczoznawcą dzieł sztuki od czterdziestu lat. Rozpoznaję pogardę, kiedy ją widzę”.
„Przez trzy lata” – ciągnąłem – „mieszkałeś tu z darmowym mieszkaniem, mediami i artykułami spożywczymi. Jeśli psychicznie podupadam, to zaczynam w 2022 roku”.
„Trzeba było to sprawdzić” – dodałem sucho.
Wyraz twarzy Buli uległ zmianie, wściekłość skurczyła się do czegoś łagodniejszego, bardziej wyrachowanego. Udawane zaniepokojenie zastąpiło furię.
„Słuchaj, bądźmy rozsądni” – powiedziała. „Zarobiłeś. I to duży zysk. Uważamy… że Bula zasługuje na odszkodowanie”.
„Za co konkretnie?” – zapytałem.
„Za mój dar” – powiedziała. „Połowa tych pieniędzy jest moja”.
„Przestało być twoje w chwili, gdy je odrzuciłeś” – powiedziałem. „Z prawnego, etycznego i moralnego punktu widzenia”.
Thaddius skrzyżował ramiona.
„Moglibyśmy wynająć prawnika” – zagroził.
„Proszę bardzo” – powiedziałem z lekkim uśmiechem. „Będę się dobrze bawił podczas tej rozmowy”.
Oczy Buli zwęziły się, próbując innej taktyki.
„Dlaczego jesteś taki trudny?” zapytała. „Czy ty… czy ty jesteś w porządku, tato? Psychicznie?”
Temperatura w pomieszczeniu spadła o dziesięć stopni.
„Przepraszam?” powiedziałem.
„Ona tylko mówi” – dodał Thaddius, kładąc jej dłoń na ramieniu. „W twoim wieku podejmujesz same ważne decyzje finansowe”.
„W moim wieku, który ma siedemdziesiąt lat, a nie dziewięćdziesiąt” – powiedziałem. „Martwimy się, że będziesz impulsywnie sprzedawać cenne rzeczy” – powiedziała cicho Bula.
Moja kawa stała na biurku, już wystygła. Tego ranka zaparzyłem sobie kawę w ziarnach z kawy French Press z Etiopii, dobrą kawę, którą zmarnowałem w taki dzień.
Wylałem to do zlewu. Niektóre rozmowy zasługują na kawę rozpuszczalną. Ta nie zasługiwała na nic.
„Jedyną impulsywną decyzją, jaką podjęłam”, powiedziałam, „było przekonanie, że bardziej cenisz piękno niż cenę”.
Głos Thadiusa stał się stwardniały.
„Jesteś nieodpowiedzialny finansowo” – powiedział. „Szczerze mówiąc, jesteś niedołężny”.
Coś pękło.
„Starczy” – powtórzyłem.
Wstałem, a oni oboje się cofnęli. Ręka mi się trzęsła, nie ze starości, ale ze złości.
„Utrzymuję cię od trzech lat” – powiedziałem. „Bez czynszu. A ty śmiesz…”


Yo Make również polubił
TRADYCYJNY POLSKI KOKTAJL OCZYSZCZAJĄCY JELITA
Klasyczne Ciasto na Pizzę – Przepis Bazowy i Jak Je Wykorzystać
Przepis na Ciasto, które Przygotujesz Codziennie!
Siła herbaty z pietruszki: naturalna ulga w obrzękach nóg, kostek i stóp