W ciągu dwóch tygodni uporządkowała nasze rozmowy telefoniczne, zorganizowała nasze pliki, oznaczyła kalendarze kolorami i zapamiętała imiona połowy naszych lokatorów.
„To niesamowite, o ile sprawniej działa to miejsce w porównaniu z dużą firmą, w której pracowałam” – powiedziała pewnego popołudnia, przeglądając stos zleceń. „Mieli wszystkie zasoby, ale nie musieli się spieszyć”.
Jej komentarz przypomniał mi dokładnie, dlaczego założyłem tę firmę. Nie tylko po to, by uciec od rodzinnej polityki, ale by zbudować coś lepszego. Miejsce, w którym liczą się kompetencje, a wysiłek jest dostrzegany.
Nasz wzrost był stabilny. Dwanaście nieruchomości. Szesnaście. Dwadzieścia. Każdy nowy klient stawał się referencją dla kolejnego. Każdy dobrze zarządzany budynek stawał się cichą reklamą.
Najbardziej satysfakcjonujące nie były przychody. Najbardziej dawały mi momenty, gdy moje stare życie zderzało się z nowym – jak na przykład, gdy Jake dzwonił, żeby zapytać mnie o radę w sprawie klauzuli najmu, albo gdy Ryan pisał SMS-a z pytaniem, czy znam dobrego dekarza.
Za każdym razem pomogłem.
Nie dlatego, że byłem im coś winien. Bo biznes powinien opierać się na kompetentnych ludziach, którzy sobie nawzajem pomagają.
Niedzielne obiady w domu moich rodziców stały się dla mnie nauką zaprzeczania.
„Jak idzie twój mały interes?” pytała mama, podając sałatkę.
„Zajęty” – powiedziałbym. „Dobrze zajęty”.
Tata składał sugestie w tonie, w jakim rozmawia z nastolatkiem mającym wakacyjną pracę.
„Powinieneś zadzwonić do nowego kampusu technologicznego, który budują przy autostradzie międzystanowej” – mawiał. „Będą potrzebować kogoś do zarządzania, kiedy się zapełni”.
„Doceniam wskazówkę” – odpowiedziałem, nie wspominając o tym, że dwa tygodnie wcześniej spotkałem się już z jednym z ich starszych kolegów na śniadaniu biznesowym.
„Wiesz, Claro, jeśli kiedykolwiek zechcesz wrócić do Mitchell & Associates, zawsze znajdzie się dla ciebie miejsce” – powiedział tata pewnego wieczoru, gdy sprzątaliśmy ze stołu. „Twoi bracia mogliby skorzystać ze wsparcia operacyjnego”.
Wsparcie po stronie operacyjnej. Tłumaczenie: Mogłem wrócić do pracy, podczas gdy oni brali kredyt i większe wypłaty.
„Jestem szczęśliwy tu, gdzie jestem” – powiedziałem spokojnie.
„Ale czy to się opłaca?” – zapytała mama z autentycznym zmartwieniem w oczach. „Prowadzenie własnego biznesu jest bardzo ryzykowne, kochanie. Co się stanie, jeśli stracisz ważnego klienta?”
Ironia sytuacji sprawiła, że chciało mi się śmiać. Prawdziwym ryzykiem było uzależnienie dochodów od kaprysów rodziny.
„To samo, co dzieje się w każdej firmie” – powiedziałem. „Trzeba się dostosować, znaleźć nowe możliwości i iść do przodu”.
W ósmym miesiącu Mitchell Property Solutions zarządzało dwunastoma nieruchomościami o łącznej wartości przekraczającej pięćdziesiąt milionów dolarów. Do Sarah dołączył Tom, koordynator ds. konserwacji, którego zrekrutowałem z większej firmy i który miał już dość pogrążania się w biurokracji.
Nie byliśmy już tylko „Klarą z kilkoma klientami”. Staliśmy się firmą.
Biuro, które kiedyś wydawało się ogromne, gdy siedziałem w nim sam, teraz rozbrzmiewało od dzwoniących telefonów, stukotu klawiatury i cichego pomruku rozwiązywania problemów.
I wtedy upadł kolejny klocek domina.
„Clara, na drugiej linii jest jakiś pan, który twierdzi, że jest z Blackstone Properties” – powiedziała Sarah pewnego czwartkowego popołudnia, zaglądając do mojego biura. „Prosi o bezpośrednią rozmowę z tobą na temat usług zarządzania”.
Blackstone Properties. Jeden z największych i najbardziej prestiżowych klientów mojej byłej firmy rodzinnej. Zarządzałem ich portfelem przez trzy lata.
Podniosłem słuchawkę telefonu, puls przyspieszył.
„To jest Klara.”
„Clara, tu David Blackstone” – powiedział głos. „Mam nadzieję, że mnie pamiętasz”.
Prawie się roześmiałem. Łatwiej byłoby zapomnieć własnego imienia niż jego.
„Oczywiście, panie Blackstone. W czym mogę panu pomóc?”
„Będę bezpośredni” – powiedział. „Dokonujemy przeglądu naszych obecnych ustaleń dotyczących zarządzania nieruchomością i szczerze mówiąc, nie jesteśmy zadowoleni z usług, jakie otrzymujemy od Mitchell & Associates od czasu, gdy odszedłeś. Czas reakcji wydłużył się trzykrotnie. Problemy z konserwacją, które kiedyś rozwiązywano w ciągu kilku godzin, teraz wymagają kilku dni na potwierdzenie. Kiedy dzwonię z wątpliwościami, jestem przerzucany między twoimi braćmi i nigdy nie czuję, że ktoś tak naprawdę dowodzi. Rozumiem, że teraz prowadzisz własną działalność”.
„Tak” – odpowiedziałem. „Mitchell Property Solutions działa od ośmiu miesięcy i selektywnie przyjmujemy nowych klientów, których potrzeby odpowiadają naszym możliwościom”.
„Dasz sobie z nami radę?” – zapytał bez ogródek. „Nie tylko jeden czy dwa budynki. Całe portfolio”.
Szczerze mówiąc, przejęcie całego portfolio Blackstone’a byłoby dla nas zbyt dużym obciążeniem.
„Twoje portfolio wymagałoby od nas znacznego rozszerzenia zespołu i systemów” – powiedziałem. „Chciałbym wdrożyć plan przejściowy, który zapewni wysoką jakość usług na każdym etapie. Oznacza to, że zaczniemy od części twoich nieruchomości, udowodnimy naszą skuteczność, a następnie będziemy ją skalować”.
Zapadła cisza. Potem rozległ się cichy, aprobujący chichot.
„Właśnie takiego realistycznego planowania mi brakowało” – powiedział. „Większość firm obiecuje wszystko od razu, ale niczego nie dostarcza konsekwentnie”.
„Spójność to nasza przewaga konkurencyjna” – powiedziałem. „Najlepiej współpracujemy z klientami, którzy cenią niezawodność bardziej niż błyskawiczność”.
Spotkaliśmy się na lunchu w jednej z tych restauracji w centrum miasta, z oknami od podłogi do sufitu i serwetkami tak sztywnymi, że stoją prosto. Przez dwie godziny z chirurgiczną precyzją wylewał swoje frustracje związane z moją byłą firmą rodzinną. Słuchałem, kiwałem głową i nie ganiłem ich – nie dlatego, że na to nie zasługiwali, ale dlatego, że profesjonalizm ma w sobie jakąś siłę.
Pod koniec lunchu doszliśmy do porozumienia: Blackstone przeniesie cztery ze swoich mniejszych nieruchomości do mojej firmy na próbę. Jeśli nasze wyniki spełnią – lub przekroczą – ich oczekiwania, rozważą przeniesienie całego portfela.
Cztery nieruchomości. Nie całe imperium. Ale wystarczająco, żeby podwoić przychody mojej firmy z dnia na dzień.
Tego wieczoru na moim telefonie wyświetliło się imię mojej mamy.
„Clara, kochanie, musimy porozmawiać” – powiedziała zbyt radosnym głosem.
„O czym, mamo?”
„Twój ojciec usłyszał dziś ciekawą plotkę” – powiedziała. „Coś o tym, że Blackstone Properties rozważa współpracę z innymi firmami zarządzającymi”.
„Plotki szybko się rozchodzą” – powiedziałem. „Jadłem dziś lunch z Davidem Blackstone’em”.
Cisza.
„Czy rozważasz współpracę z nimi?” zapytała.
„Mamo, rozważają współpracę ze mną” – powiedziałem. „To różnica”.
„Ale to jeden z naszych największych klientów” – powiedziała, a panika była ledwo wyczuwalna. „Czy to nie stawia cię… w konflikcie z rodzinnym biznesem?”
Znów to samo. Fraza, za którą wszyscy chętnie się chowali: rodzinny biznes.
„Żadnych konfliktów” – powiedziałem spokojnie. „Prowadzę własną firmę. Klienci mają swobodę wyboru, kto zarządza ich nieruchomościami”.
„Ale my jesteśmy twoją rodziną” – wyszeptała.
„Tak, jesteście moją rodziną” – powiedziałem. „Mitchell & Associates to mój były pracodawca. To dwie różne relacje”.
„Twój ojciec nie będzie z tego zadowolony” – powiedziała.
„Szczęście taty przestało być moim priorytetem w dniu, w którym powiedział mi, że „wydaję tylko pieniądze” – odpowiedziałam cicho. „Teraz moim priorytetem jest mój biznes”.
Po rozłączeniu się usiadłem w cichym salonie, wpatrzony w światła miasta wpadające przez okna, i pozwoliłem, by to wszystko do mnie dotarło. Osiem miesięcy wcześniej wyszedłem z biura ojca z kartonowym pudełkiem i pytaniem wiszącym w powietrzu:
Kto cię zatrudni?
Teraz dzwonili do mnie dosłownie wszyscy najważniejsi klienci.
Proces w Blackstone przebiegł pomyślnie – wręcz agresywnie. Czas reakcji skrócił się. Zadowolenie najemców wzrosło. Zespół ds. obiektów wysłał do moich pracowników e-maile zaczynające się od słów: „Cieszymy się, że wróciliście do gry”. W ciągu trzech tygodni poczułem, że sytuacja się zmienia.
I Blackstone nie był jedynym, który to obserwował.
Trzy tygodnie po tym, jak podpisaliśmy umowę, Tom zapukał do drzwi mojego biura z uśmiechem.
„Nie uwierzysz” – powiedział. „Właśnie dzwonili z Richardson Development. Chcą umówić się na spotkanie w sprawie przeniesienia do nas usług zarządzania nieruchomościami”.
Richardson Development był kolejnym dużym klientem Mitchell & Associates — firmą zarządzającą portfelem budynków o przeznaczeniu mieszanym w centrum miasta, którymi zarządzałem przez dwa lata, zanim odszedłem.
„Czy powiedzieli, dlaczego rozważają zmianę?” – zapytałem, chociaż już wiedziałem.
„Zapytali konkretnie, czy jesteś tą samą Clarą, która zarządzała ich kontem” – powiedział.
Do środy Sarah odebrała jeszcze dwa telefony — od Patterson Holdings i Heritage Properties, dwóch długoletnich klientów, którymi kiedyś zarządzałem.
„To jak migracja” – powiedziała, aktualizując naszą listę potencjalnych klientów. „Wszyscy twoi byli klienci dzwonią w tym samym tygodniu. Kiedy duzi gracze zaczynają się przenosić, wszyscy to obserwują”.
Spotkanie w Richardson przebiegło dokładnie tak, jak się spodziewałem: profesjonalnie, bezpośrednio i bez owijania w bawełnę.
„Przez pierwsze trzy lata współpracy z firmą twojego ojca wszystko szło gładko” – powiedział dyrektor ds. infrastruktury. „Od twojego odejścia mieliśmy opóźnienia, luki w komunikacji i, jak się wydaje, ogólny brak uwagi dla naszych potrzeb”.
„Jakich konkretnie zmian oczekujesz?” – zapytałem.
„Szczerze? Chcemy tego, co mieliśmy kiedyś” – powiedział. „Szybka komunikacja. Proaktywna konserwacja. Ktoś, kto rozumie naszą działalność na tyle dobrze, by zapobiegać problemom, zamiast tylko na nie reagować”.
Pod koniec spotkania Richardson zgodził się przekazać całe swoje portfolio mojej firmie. Bez procesu. Tylko czyste, zdecydowane cięcie.
Patterson Holdings podpisało umowę tydzień później. Heritage Properties tydzień później.
Każdy nowy klient oznaczał tę samą wewnętrzną rozmowę: możliwości, personel, systemy. Rozwijaliśmy się szybciej, niż przewidywałem, ale wciąż staraliśmy się rozwijać na tyle ostrożnie, żeby nie zachłysnąć się własnym sukcesem.
Ten wzrost oznaczał jeszcze coś: firma Mitchell & Associates traciła nie tylko klientów, ale także najbardziej dochodowych i najdłużej działających klientów — tych, których osobiście rozwinąłem i pielęgnowałem.
Starałem się nie wyobrażać sobie rozmów toczących się w biurze mojego ojca. Żmudnych wyjaśnień dotyczących nagłych zwolnień. Panicznych spotkań o „lojalności klientów”. Uświadomienia sobie, że to, co traktowali jako wymienne „wsparcie”, tak naprawdę było spoiwem spajającym wszystko.
Ciekawość zwyciężyła.


Yo Make również polubił
Ciasto czekoladowo-kawowo-orzechowe: Idealna harmonia smaków, która rozpieszcza podniebienie
Orzeźwiaący Eliksir Zdrowia: Napój z Miętą, Imbirem, Pietruszką i Cytryną
Przepis na sałatkę ogórkową: spalaj tłuszcz podczas snu!
Jeśli zignorujesz ten nerw i nie będziesz go stymulować, poziom cukru we krwi się podwoi.