W tym momencie ktoś zapukał do drzwi.
Do akcji wkroczyło dwóch detektywów – kobieta po pięćdziesiątce o zmęczonych oczach i w schludnej granatowej marynarce oraz młodszy mężczyzna z notesem w ręku.
„Jestem detektyw Clark” – powiedziała kobieta. „To detektyw Johnson. Musimy zadać panu kilka pytań na temat tego, co wydarzyło się dziś po południu”.
Monika wyprostowała ramiona.
„Oczywiście” – powiedziała. „Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby pomóc”.
„Czy przygotowałaś napój, który wypił twój mąż, zanim stracił przytomność?” – zapytał Clark.
„Tak” – powiedziała Monica. „Zrobiłam gorącą czekoladę dla mamy, dla Davida i dla siebie”.
„Skąd wziąłeś składniki?”
„Z lokalnego supermarketu” – odpowiedziała. „Zwykłe kakao w proszku, mleko, cukier”.
„Kiedy je kupiłeś?”
„Dziś rano.”
„Czy ktoś jeszcze miał dostęp do tych składników w czasie, gdy je kupiłeś, a potem zrobiłeś gorącą czekoladę?”
„Nie” – powiedziała Monica. „Cały czas byli w mojej kuchni”.
„Czy ktoś jeszcze przyszedł dziś do twojego domu?”
„Nie” – powiedziała. „Tylko moja mama, David i ja”.
Detektyw Johnson zwrócił się do mnie.
„Proszę pani, czy piła pani gorącą czekoladę?”
„Nie” – powiedziałem. „Poczułem coś dziwnego i postanowiłem tego nie robić”.
„Czy możesz opisać ten zapach?”
„Jak gorzkie migdały” – odpowiedziałem.
Detektywi wymienili spojrzenia.
„A co stało się z twoim kubkiem, kiedy postanowiłeś go nie pić?” – zapytał Johnson.
Poczułem na sobie wzrok Moniki, ostry jak noże.
„Przez pomyłkę zamieniłem go z Davidem” – powiedziałem. „Kubki stały obok siebie na stole. Musiałem je pomylić”.
To było kłamstwo. Wiedziałem dokładnie, co zrobiłem.
Po raz pierwszy od trzydziestu lat chroniłem Monicę przed prawem, chociaż podejrzewałem najgorsze.
Tej nocy, po godzinach spędzonych w szpitalu i niekończącym się strumieniu formularzy, pytań i aktualizacji, Monica nalegała, żebym został u niej w domu.
„Mamo, za bardzo się boję zostać sama” – powiedziała, ściskając mnie za rękę, gdy przechodziłyśmy przez ciemny parking szpitalny. „A co, jeśli ten, kto to zrobił, wróci? Proszę, zostań ze mną”.
To był pierwszy raz od lat, kiedy poprosiła mnie, żebym przenocował pod jej dachem. Zazwyczaj spotykaliśmy się na brunchu w kawiarni w Scottsdale albo ona przychodziła do mnie do domu. Lubiła mieć kontrolę nad otoczeniem.
„Zostanę” – zgodziłem się. Nie z powodów, o których myślała.
Dom, który dzieliła z Davidem, robił wrażenie nawet jak na standardy rozległych przedmieść Phoenix. Trzy piętra, kamienna fasada, zadbany trawnik, dwa samochody na podjeździe – jeden czarny SUV, drugi elegancki sedan. W środku wszystko lśniło. Granitowe blaty. Sprzęty AGD ze stali nierdzewnej. Designerskie meble.
Monica ulokowała mnie w pokoju gościnnym na drugim piętrze, z starannie pościelonym łóżkiem i widokiem na basen na podwórku, błyszczący w świetle świateł systemu bezpieczeństwa.
„Postaraj się trochę odpocząć, mamo” – powiedziała, lekko dotykając mojego ramienia. „Pójdziemy do Davida rano”.
Zaczekałem, aż usłyszałem szum prysznica w głównej łazience, a potem ciche skrzypienie materaca, gdy się położyła. Po kolejnych trzydziestu minutach jej oddech przez cienką ścianę stał się powolny i regularny.
Wstałem z łóżka i zacząłem własne śledztwo.
Zacząłem w kuchni.
Kakao smakowało normalnie, gdy lekko dotknąłem językiem. Mleko w lodówce pachniało świeżo. Cukier w pojemniku był po prostu cukrem.
Ale w głębi spiżarni, za rzędem rzadko używanych przypraw i zapomnianym zestawem do fondue, znalazłem mały, nieopisany szklany słoik wypełniony białymi kryształkami.
Odkręciłem wieczko i ostrożnie odsunąłem je na odległość wyciągniętej ręki, wciągając delikatny zapach.
Gorzkie migdały.
Zrobiło mi się niedobrze.
Zakręciłam słoik, owinęłam go ręcznikiem kuchennym i wsadziłam do torebki.
W szufladzie ze środkami czyszczącymi i ściereczkami kuchennymi, pod stertą zużytych szmat, znalazłem małą jednorazową strzykawkę – taką, której używa się do insuliny.
Dodałem to także do mojej torby.
W domowym gabinecie Davida na pierwszym piętrze usiadłam przy jego biurku, otoczona szafkami na dokumenty i starannie ułożonymi segregatorami. Na ścianach wisiały oprawione zdjęcia rodzinne: David i Monica w Wielkim Kanionie, David obejmujący mnie ramieniem w Święto Dziękczynienia, Monica uśmiechająca się do obiektywu.
W górnej szufladzie znajdowały się skrupulatne dokumenty finansowe. David naprawdę był księgowym – wszystko było opatrzone datą, etykietą i zapisane.
To, co tam znalazłem, przeraziło mnie.
Przez ostatnie sześć miesięcy wypłacał ogromne sumy gotówki ze swoich kont inwestycyjnych. Tysiące dolarów tygodniowo, zawsze w gotówce, zawsze tuż poniżej progu, który uruchamiałby automatyczną kontrolę.
Na jego komputerze znalazłem dokument – niewysłany list zaadresowany do kogoś o imieniu Mark.
Drogi Marku,
Jeśli coś mi się stanie, chcę, żebyś wiedział, że to nie był wypadek.
Monika powoli mnie zatruwa.
Od miesięcy mam dziwne objawy – nudności, osłabienie, dezorientację. Na początku myślałem, że to stres, ale zacząłem zauważać, że zawsze czuję się gorzej po posiłkach, które ona przygotowuje.
Udawałem, że jem, a potem wyrzucałem jedzenie, kiedy nie patrzyła. Wypłacałem też pieniądze z naszych kont, bo myślałem, że planuje coś wielkiego.
Boję się skonfrontować ją bezpośrednio. Powiedziała mi, że jeśli kiedykolwiek spróbuję odejść, skrzywdzi swoją matkę. Powiedziała, że ma sposoby, żeby śmierć Hope wyglądała „naturalnie”.
Monika nie jest tym, kim się wydaje. Znalazłem w tym domu rzeczy, które by cię przeraziły.
Jeśli nagle umrę, proszę, niech ktoś to zbada. Nie pozwól, żeby znowu jej się to udało.
Ponownie.
Słowo wisiało na ekranie, ciężkie jak kamień.
Ściskając torebkę, powoli weszłam po schodach na trzecie piętro.
Najwyższe piętro domu było domeną Moniki – jej „gabinetem”, jak je nazywała. Drzwi były zamknięte, ale klucz przyklejono taśmą nad framugą, dokładnie tam, gdzie bym go schował.
Wziąłem głęboki oddech, otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.
To było jak wejście na miejsce zbrodni, które ktoś starannie dla siebie zorganizował.
Rzędy pudełek ciągnęły się wzdłuż ściany, wszystkie opisane starannym pismem. Szafki na dokumenty. Duże biurko. Zeszyty ułożone według rocznika.
Na jednym pudełku widniał napis: Robert – Osobiste.
Robert był jej pierwszym mężem.
W środku znalazłem dokumentację medyczną, dokumenty ubezpieczeniowe i kserokopie aktu zgonu. Pod nimi był schowany dziennik.
15 marca 1998 r.
Pierwsza dawka w porannej kawie Roberta. Lekkie mdłości. Myśli, że to grypa.
22 marca 1998 r.
Zwiększył dawkę. Zwymiotował po śniadaniu. Zasugerował, żeby poszedł do lekarza, ale powiedział, że to prawdopodobnie stres.
30 marca 1998 r.
Chudnie. Wygląda okropnie. Lekarze nie znajdują niczego konkretnego. Zacząłem mu podawać „witaminy”.
15 kwietnia 1998 r.
Robert zmarł dziś rano. W akcie zgonu widnieje niewydolność nerek. Spadek: 450 000 dolarów.
Wpisy trwały dalej, szczegółowo opisując dawki, objawy i dezorientację lekarzy.
W innym pudełku, oznaczonym jako Frank – Osobiste, znajdowały się podobne dokumenty.
Jej drugi mąż zmarł na coś, co wyglądało na zawał serca. Jednak w dzienniku skrupulatnie odnotowała, że podawała mu nadmierne dawki leków nasercowych, aż jego organizm po prostu odmówił posłuszeństwa.
Ręce tak mi się trzęsły, że musiałem usiąść.
Potem zobaczyłem inny folder.
Mama – Nadzieja – Ostateczny plan.
W środku znajdowały się kopie mojego testamentu, w którym Monika była wymieniona jako moja jedyna spadkobierczyni. Wyciągi z moich kont bankowych i portfeli inwestycyjnych – kont, których nigdy jej nie pokazałem. Dokumenty do polisy na życie o wartości dwóch milionów dolarów, których nie pamiętałem, żebym podpisywał.
Na końcu teczki znajdowała się ręcznie napisana strona.


Yo Make również polubił
Lucerna Śnieżna – Klasyczny Deser, który Zmieni Twoje Pojęcie o Słodkościach
Wraz z nadejściem cieplejszych dni przysięgam, że ten trik pozwoli mi pozbyć się wszystkich much, komarów i insektów
Moc wody goździkowo-cynamonowej: codzienny rytuał dla promiennego zdrowia po 50. roku życia
FLAN SZKLANY I PLASTIKOWY: IDEALNY PRZEPIS NA ELEGANCKI DESER