Nadszedł czwartek. Ubrałam się w granatową sukienkę, którą lubił David, miałam gładkie włosy i neutralny makijaż. W lustrze wyglądałam jak typowa Dolina Krzemowa – elegancka żona, która wtapia się w drogie wnętrza.
Nie wyglądałem na kogoś, kto za chwilę będzie świadkiem rozpadu swojego życia.
Hashiri było dokładnie takie, jak sobie wyobrażałeś: minimalistyczne, eleganckie, drogie w dyskretny sposób. Przyjechaliśmy wcześnie. David poprawił krawat w szklance.
„Pamiętaj” – mruknął. „Bądź miły. Nie wdawaj się w rozmowy biznesowe. Jeśli cię o coś zapyta, bądź zwięzły. Musi być skupiony”.
Skinąłem głową. „Zrozumiałem.”
Tanaka już tam był – po pięćdziesiątce, okulary w srebrnych oprawkach, nieskazitelny garnitur, spokojna postawa. David lekko się skłonił. Ja też.
David powitał go po japońsku. Gładko. Pewno siebie. Tanaka odpowiedział uprzejmie. Uśmiechnęłam się delikatnie, nie ruszając ciała, przerażona, że zdradzę się choćby przelotnym drgnięciem.
Ku mojemu zdziwieniu Tanaka zwrócił się do mnie bezpośrednio, starannym angielskim.
„Pani Whitfield” – powiedział – „dziękuję, że przyszła pani do nas”.
„Witamy w Kalifornii” – odpowiedziałem. „Mam nadzieję, że lot był komfortowy”.
Coś w jego spojrzeniu na chwilę się wyostrzyło, jakby mnie oceniał. Potem rozpoczął się posiłek.
Na początku rozmawiali po angielsku. Błahostki. Restauracja. Pogoda. Angielski Tanaki był lepszy, niż sugerował David. Zażartował o amerykańskich porcjach, a ja cicho się zaśmiałem.
Następnie, gdy podano pierwsze danie, rozmowa niczym rzeka zmieniająca kierunek przeszła na język japoński.
Japoński Davida był naprawdę dobry – wystarczająco dobry, by negocjować, wystarczająco dobry, by zrobić wrażenie. Omawiali prognozy, harmonogramy, integrację, strategię. Rozumiałem większość, nawet gdy szczegóły techniczne się zacierały. Odegrałem swoją rolę: popijałem wodę, uśmiechałem się uprzejmie, wyglądałem na zainteresowanego, ale niezainteresowanego.
Po około dwudziestu minutach Tanaka zapytał Davida po japońsku, czym się zajmuję w pracy.
Spodziewałem się, że David przetłumaczy mi pytanie. Zamiast tego odpowiedział za mnie, mimochodem.
Powiedział, że pracowałam w marketingu, „ale to nie było poważne”, bo to była mała firma. Nazywał to hobby – czymś, co pozwalało mi się zająć – podczas gdy ja głównie zajmowałam się domem.
Hobby.


Yo Make również polubił
Słodkie bułeczki z toffi
W moje 73. urodziny mój mąż przedstawił swoją „drugą rodzinę” – a ja wręczyłam mu małe pudełko, które po cichu zakończyło 50 lat małżeństwa
Tętniak mózgu – objawy, których nie wolno ignorować
Wystarczy jedna łyżeczka, aby każda roślina była piękna, owocna, bujna i zdrowa!