Chwilę później drzwi uchyliły się na kilka centymetrów, przytrzymywane łańcuchem. W szparze pojawiła się kobieca twarz, obramowana srebrnymi włosami i idealnie opanowana. Victoria Blackwood. Teściowa Emmy. Wyglądała jak kobieta z rozkładówki magazynu o filantropii – spokojne spojrzenie, powściągliwy uśmiech, wyraz twarzy, który nigdy nie dopuszczał do siebie błędu.
„David” – powiedziała, jakby moje imię było dla niej uciążliwe. „Jest po trzeciej w nocy”.
„Wiem, która godzina” – powiedziałem. „Emma do mnie dzwoniła. Chcę zobaczyć córkę”.
Uśmiech Victorii się nie zmienił. „Odpoczywa” – powiedziała. „Miała ciężki wieczór”.
„Otwórz drzwi.”
„Obawiam się, że nie mogę tego zrobić.”
Sposób, w jaki to powiedziała, zmroził mi krew w żyłach. Nie dlatego, że odmówiła. Bo brzmiała na pewną, że da radę.
„Ona nigdzie się nie wybiera” – dodała Victoria, a w jej głosie słychać było nonszalancką powagę osoby, która przyzwyczajona jest do decydowania o tym, co dzieje się z ludźmi.
„To nie twoja decyzja” – powiedziałem. „Jestem jej ojcem”.
„Jest zestresowana” – odpowiedziała Wiktoria, wciąż spokojna. „Jest zdezorientowana. Rodzina sobie z tym radzi”.
Z góry dobiegł stłumiony dźwięk, słaby, ale nie do pomylenia. Kobiecy krzyk, urwany zbyt szybko. Ścisnęło mnie w żołądku.
Cofnąłem się i uderzyłem ramieniem w drzwi tuż przy zamku. Łańcuch napiął się. Victoria zatoczyła się do tyłu. Uderzyłem jeszcze raz i poczułem, jak drewno puszcza. Łańcuch wyrwał się z głośnym trzaskiem, a drzwi otworzyły się do środka.
Wiktoria jęknęła, bardziej obrażona niż przestraszona. „To włamanie” – powiedziała. „Dzwonię na policję”.
„Zadzwoń do nich” – powiedziałem. „Proszę”.
Minąłem ją i wszedłem do holu, który pachniał drogimi świecami i polerowanym kamieniem. Dom był ogromny i cichy w sposób, który wcale nie dawał poczucia spokoju. Sprawiał wrażenie opanowanego. Schody zakręcały w górę i znów rozległ się ten stłumiony dźwięk, cichy krzyk zagłuszony przez odległość.
„Emma!” krzyknąłem.
Gdzieś za mną odezwał się męski głos, ostry i zirytowany: „Co ty, do cholery, robisz?”
Nie obejrzałem się. Pobiegłem w stronę schodów.
Victoria próbowała mnie powstrzymać, sięgając po moje ramię, jakby chciała fizycznie udowodnić swoją władzę. Ominąłem ją i szedłem dalej, pokonując po dwa stopnie naraz, podążając za stłumionym płaczem w stronę drugiego piętra.
Płacz dochodził z ostatnich drzwi po lewej stronie.
Było zamknięte.
Waliłem w nią. „Emma!” krzyknąłem. „Emma, to tata. Otwórz drzwi”.
Jej głos był słaby i łamiący się. „Tato?”
Ulga uderzyła mnie tak mocno, że prawie ugięły się pode mną kolana. „Tak” – powiedziałem. „Jestem tutaj. Otwórz”.
„Nie mogę” – wyszeptała. „Jest zamknięte”.
Za mną na schodach rozległy się kroki, teraz cięższe, wielu ludzi. Nie odwróciłem się. Odsunąłem się od drzwi i uderzyłem w nie ramieniem. Pierwsze uderzenie zatrzęsło framugą. Drugie ją roztrzaskało. Trzecie pękło z trzaskiem, a drzwi otworzyły się do środka.
Pokój udawał sypialnię, ale wydawał się kliniczny. Były tam drogie meble, owszem, i delikatne oświetlenie, owszem, ale powietrze miało ten sterylny posmak miejsca zaprojektowanego z myślą o posłuszeństwie. Okna były zamknięte na klucz. Zasłony zaciągnięte. Łóżko wyglądało na zbyt starannie pościelone, a do ramy przymocowano pasy, przez które wzrok zamazywał mi się z wściekłości.
Emma leżała na podłodze w cienkiej koszuli nocnej, opleciona ramionami i lekko się kołysała. Spojrzała w górę, kiedy wpadłem, a moje serce pękło. Była chudsza, niż powinna być, miała oklapnięte włosy, cienie pod oczami przypominające siniaki. Jej skóra wydawała się blada w ciepłym świetle, jakby trzymano ją z dala od światła dziennego.
Ale to jej ramiona sprawiły, że pokój się przechylił.
Na obu przedramionach widniały ślady, precyzyjne i okrągłe, niektóre świeże i czerwone, inne wyblakłe, przypominające blade blizny. Wzór wyglądał na celowy, metodyczny, jakby ktoś liczył.
„Och, kochanie” – szepnęłam.
Emma próbowała wstać, ale nogi jej się trzęsły. Przeszedłem przez pokój dwoma krokami i wziąłem ją w ramiona. Opadła na mnie, szlochając i trzęsąc się tak mocno, że czułem to w kościach.
„Przepraszam” – wykrztusiła. „Powinnam była posłuchać. Powinnam była posłuchać ciebie”.
„Cicho” – szepnąłem, przyciskając policzek do jej włosów. „Mam cię. Wyciągam cię stąd”.
„Nie pozwolą mi odejść” – powiedziała, wymawiając słowa szybko, gdy tama pękła. „Mówili, że mnie zamkną w zakładzie. Mówili, że nikt mi nie uwierzy”.
„Dlaczego ci nie wierzą?” – zapytałem, ale już w chwili, gdy to mówiłem, czułem w powietrzu odpowiedź.
Emma zaparło dech w piersiach. „Derek dawał mi tabletki” – wyszeptała. „Powiedział, że to witaminy, ale po nich mam zamglenia umysłu. Paranoję. Wszystko dokumentował. Wahania nastroju, irracjonalne zachowania, filmy, notatki lekarskie. Zbudowali teorię, że jestem niezrównoważona psychicznie”.
Określano to mianem gaslightingu, ale to określenie wydawało się zbyt mało trafne w odniesieniu do tego, co opisywała. To było zorganizowane. To był system stworzony po to, by wymazać jej głos papierkową robotą.
Za mną w drzwiach zatrzymały się kroki.
Spojrzałem w górę i zobaczyłem Dereka Blackwooda stojącego w koszuli wypuszczonej ze spodni, z przekrwionymi oczami, z ostrym zapachem alkoholu unoszącym się nawet z drugiego końca pokoju. Za nim stał jego brat Jason, niemal identyczny, z wyjątkiem blizny na brodzie i chłodniejszego wyrazu twarzy. Victoria stała obok nich, z twarzą ściągniętą gniewem, teraz, gdy straciła nad sobą kontrolę.
Usta Dereka wygięły się w grymasie rozbawienia. „David” – powiedział bełkotliwym głosem. „Włamanie do mojego domu. Napaść na moją matkę. Nie pomaga w sprawie Emmy”.
„Zejdź mi z drogi” – powiedziałem, mocniej obejmując Emmę.
Derek uniósł ręce, jakby był tym rozsądnym. „Nie mogę tego zrobić” – powiedział. „Jest chora. Potrzebuje pomocy. Już to załatwiliśmy”.
Spojrzałam na ramiona Emmy. „Te ślady nic nie dają” – powiedziałam. „To znęcanie się”.
Derek wzruszył ramionami, ten drobny, niedbały ruch sprawił, że zrobiło mi się niedobrze. „Sama sobie na to zasłużyłam” – powiedział. „Próbowaliśmy ją powstrzymać. Mam dowód”.
Dowód. Sfabrykowany dowód. Ten sam rodzaj dowodu, który może zniszczyć człowieka, gdy podpiszą go odpowiednie osoby.
Miałem sześćdziesiąt lat. W zimne dni bolały mnie kolana. Od dziesięcioleci nie walczyłem na poważnie. Ale w tamtej chwili moje ciało nie czuło się stare. Czułem się jak pojazd zbudowany w jednym celu.
Podniosłem Emmę, a ona w moich ramionach ważyła prawie nic. Przywarła do mojej koszuli jak dziecko. Szedłem prosto w stronę Dereka i Jasona.
Jason sięgnął po moje ramię. Wbiłam mu łokieć w brzuch z taką siłą, że zgiął się wpół, łapiąc oddech. Derek rzucił się na Emmę, a ja się odwróciłam, trzymając ją między swoim ciałem a framugą drzwi, kiedy przeciskałam się przez nie.
Wiktoria krzyknęła za nami, piskliwie i wściekle: „Zadzwońcie na policję!”
„Zrób to!” – krzyknąłem i mówiłem poważnie.
Szłam korytarzem szybciej, niż pozwalały mi na to stawy, niosąc córkę i ignorując pulsowanie w kolanach. Schody były przede mną. Drzwi wejściowe były dalej. Świat na zewnątrz tego domu był niczym tlen.


Yo Make również polubił
Jak przechować czosnek na 2 lata: sekret sąsiadki, który zmienia wszystko
Lekarze ostrzegają przed trendem upiększającym powodującym skórę gadzią
Kurczak po mediolańsku!
Piekę to co tydzień dla mojej rodziny, zapiekankę ziemniaczaną z kurczakiem