Kiedy Patricia wyszła i zamknęła za sobą drzwi, Terrence podjechał swoim wózkiem bliżej mojego.
„Pani Thompson, będę z panią szczery. Niełatwo ze mną pracować. Jestem wymagający, drobiazgowy i nie znoszę głupców. Ale jeśli przyjmie pani to stanowisko, będzie pani traktowana z szacunkiem i dobrze wynagradzana. Bardzo dobrze”.
Wymienił kwotę, która przyprawiła mnie o zawrót głowy — więcej, niż Dante zarobił w swoim najlepszym roku w banku.
„Jednak” – kontynuował – „potrzebuję kogoś, komu mogę zaufać. Kogoś, kto nie będzie plotkował o moich prywatnych sprawach ani traktował mnie jak inwalidę. Czy możesz być tą osobą?”
Spojrzałem w te niebieskie oczy i znów poczułem dziwny błysk rozpoznania.
„Tak, panie Hawthorne” – powiedziałem. „Potrafię”.
“Dobry.”
Wyciągnął rękę, żeby uścisnąć moją, a gdy nasze palce się zetknęły, poczułem porażenie prądem, które nie miało nic wspólnego ze elektrycznością statyczną.
Witamy w moim domu, Hilda.
Sposób, w jaki wypowiedział moje imię – miękko i niemal z nabożnością – sprawił, że serce podskoczyło mi do gardła. Szybko cofnęłam rękę, powtarzając sobie, że sobie to wyobrażam. Przecież jestem wdową, na litość boską. Babcią. Nie powinnam czuć nic do tego mężczyzny.
Ale kiedy Patricia później tego wieczoru pokazała mi moje mieszkanie, nie mogłem pozbyć się wrażenia, że moje życie właśnie obrało obrót, na który nie byłem przygotowany. A sposób, w jaki Terrence Hawthorne na mnie patrzył, jakby widział ducha ze swojej przeszłości, sprawił, że zacząłem się zastanawiać, czy przypadkiem nie odkryję czegoś, o czym przez czterdzieści osiem lat starałem się zapomnieć.
W pierwszym tygodniu pobytu w rezydencji Hawthorne czułem się, jakbym mieszkał w pięknym więzieniu.
Pokój, który przydzieliła mi Patricia, był większy niż całe moje mieszkanie z Dantem, kiedy pracował w lokalnym banku w mieście. Miał własny kącik wypoczynkowy i łazienkę, która lśniła niczym z luksusowego hotelu w Chicago.
Ale każdego ranka, budząc się, czułam miażdżący ciężar nowej rzeczywistości. W wieku sześćdziesięciu ośmiu lat byłam właściwie służącą mieszkającą w domu.
Terrence był dokładnie taki, jak ostrzegała Patricia: wymagający, drobiazgowy i uzbrojony w ostry język, gdy coś nie było zrobione zgodnie z jego oczekiwaniami.
Chciał poranną kawę dokładnie o 7:15, a nie o 7:20. Jego gazety musiały być ułożone w określonej kolejności – najpierw „Wall Street Journal”, potem „New York Times”, a potem lokalna gazeta. Jego harmonogram przyjmowania leków był sztywny i niech Bóg ma mnie w swojej opiece, jeśli spóźnię się choć o minutę.
Ale zdarzały się chwile, ciche momenty pomiędzy jego poleceniami i krytyką, gdy przyłapywałam go na obserwowaniu mnie z tym samym intensywnym wyrazem twarzy, który widzieliśmy po naszym pierwszym spotkaniu – jakby próbował rozwiązać zagadkę, która dręczyła go od lat.
„Hilda” – powiedział w czwartek rano, kiedy ustawiałam tacę ze śniadaniem w słonecznym kąciku śniadaniowym z widokiem na ogród – „to nietypowe imię. Nazwisko?”
Zatrzymałem się, krojąc grejpfruta.
„Nazwisko mojej babci” – powiedziałem. „Była Niemką”.
„Niemiec?” powtórzył zamyślony. „A gdzie dorastałeś?”
„Tu i tam”. Starałam się mówić neutralnym tonem, ale ręce zaczęły mi się lekko trząść. „Mój ojciec często się przeprowadzał z powodu pracy”.
To nie było do końca kłamstwo. Często się przeprowadzaliśmy, choć nie z powodów zawodowych – bardziej jak ucieczka przed wierzycielami i długami hazardowymi mojego ojca. Ale niektóre wspomnienia lepiej było zostawić w spokoju.
Tego popołudnia, podczas gdy Terrence spał, w końcu rozpakowałem trzy kartonowe pudła, które Harlo niechętnie pozwolił mi zabrać z domu. Większość z nich stanowiły przedmioty praktyczne: ubrania, kilka książek i moje pudełko na biżuterię.
Ale na dnie ostatniego pudełka, owinięte w bibułkę, znajdowało się coś, o czym niemal zapomniałam, że wciąż je mam.
Moje stare albumy ze zdjęciami.
Spakowałam je bez zastanowienia, prawdopodobnie dlatego, że leżały na mojej szafce nocnej. Przeglądałam je podczas tych pierwszych samotnych nocy po pogrzebie Dantego, kiedy w domu było zbyt cicho, a wiatr z Ohio za głośny.
Teraz, siedząc w eleganckim fotelu przy oknie mojej sypialni, drżącymi palcami rozpakowałem je.
Pierwszy album pochodził z mojego małżeństwa z Dantem. Nasze zdjęcia ślubne w kościele w małym miasteczku, zdjęcia małej Harlo w łóżeczku, rodzinne wakacje nad jeziorem Erie i tanie motele przy autostradzie międzystanowej 70 – całe życie starannie pielęgnowanych, pełnych szacunku wspomnień.
Odłożyłam ją na bok i sięgnęłam po starszą, na którą już rzadko patrzyłam.
Okładka była z wyblakłej niebieskiej skóry, popękanej na rogach. W środku znajdowały się zdjęcia z mojego życia sprzed Dantego. Przed ślubem, macierzyństwem i starannym, kontrolowanym życiem, które zbudowałam sobie w naszym małym miasteczku na Środkowym Zachodzie.
Pierwsze kilka stron było całkiem niewinne. Uroczystość ukończenia szkoły średniej w sali gimnastycznej pachnącej pastą do podłóg i popcornem, moje koleżanki ze szkoły pielęgniarskiej w białych butach, moi rodzice wyglądający młodo i pełni nadziei przed naszym malutkim, nowym domkiem.
Ale im więcej przewracałem stron, tym szybciej zaczynałem oddychać.
Na stronie dwunastej znajdowało się zdjęcie, które sprawiło, że świat stanął na głowie.
Na zdjęciu miałam dwadzieścia lat i ubrałam żółtą sukienkę letnią, którą sama uszyłam na używanej maszynie Singer. Miałam długie i ciemne włosy, związane wstążką. Śmiałam się z czegoś, co powiedział fotograf, odrzucając głowę do tyłu z czystą radością.
Obok mnie, obejmując mnie w talii i mając na twarzy uśmiech, który mógł roztapiać serca, stał młody mężczyzna o ciemnych włosach i przenikliwych niebieskich oczach.
Terry Hawthorne.
Moja ręka trzęsła się tak mocno, że prawie upuściłem album.
Terry, nie Terrence.
Terry, która kochała jazz, lody czekoladowe i to, jak wyglądałam w tej żółtej sukience. Terry, która zabierała mnie na letnie koncerty na trawniku przed sądem, która marzyła o wieżowcach i telegrafach giełdowych, gdy dzieliliśmy się frytkami w tłustych knajpach.
Terry, który obiecał mi ślub, jak tylko dorobi się majątku.
Terry, który pożegnał mnie pocałunkiem na peronie kolejowym czterdzieści osiem lat temu i nigdy nie wrócił.
Wpatrywałem się w fotografię, aż mnie oczy piekły, próbując pogodzić młodego mężczyznę na zdjęciu z tym srebrnowłosym mężczyzną na wózku inwalidzkim na dole.
Rysy twarzy były takie same — arystokratyczne kości policzkowe, mocna szczęka i oczy, które zdawały się przenikać duszę.
Ale Terry był ciepły, pełen pasji, pełen marzeń i szalonych planów na naszą wspólną przyszłość. Ten Terrence Hawthorne był zimny, opanowany i gorzki.
Co się stało, że jedno przekształciło się w drugie?
Drżącymi palcami przewróciłam stronę i znalazłam więcej zdjęć.
Terry i ja na festynie powiatowym, dzieliliśmy się watą cukrową, a wokół nas wirowały neony. Terry uczył mnie tańczyć w moim malutkim mieszkaniu nad sklepem z narzędziami, podczas gdy mój starszy sąsiad walił miotłą w sufit. Terry i ja siedzieliśmy nad jeziorem na skraju miasta, z głową na jego ramieniu, oboje wyglądaliśmy, jakbyśmy wierzyli, że miłość może pokonać wszystko.
Ostatnie zdjęcie z serii zostało zrobione rano, w dniu jego wyjazdu.
Staliśmy na peronie na małej stacji Amtrak, a jego walizka leżała u jego stóp. Płakałam. Teraz przypomniałam sobie ten dzień z bolesną ostrością. Obejmował moją twarz dłońmi, obiecując, że wróci za dwa lata, wystarczająco bogaty, by dać mi wszystko, na co zasługuję.
„Zamierzam coś osiągnąć, Hilda” – powiedział głosem nabrzmiałym od emocji. „Zbuduję imperium, a potem wrócę po ciebie. Poczekasz na mnie?”
I obiecałam, że tak zrobię. Boże, dopomóż, naprawdę tak myślałam.


Yo Make również polubił
Ciasto Kokosowa Krówka – Pyszne ciasto z kajmakiem, kokosem i dwoma kremami
16 ostrzegawczych objawów raka
„Ból stopy” – na jakie objawy powinienem zwrócić uwagę?
Tradycyjna metoda według Giennadija Pietrowicza Małachowa